kup bilety online

Komunikat prasowy

Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję...

Małgorzata Stępień | maj-czerwiec 2018

- tak brzmią słowa starej dziecięcej zabawy, w której z bezmyślnym kilkulatków okrucieństwem eliminuje się kolegów, nie wiedzieć czemu, z kręgu kochanych i całowanych. Dlaczego? Dlatego.

- W czasie II wojny światowej według Yad Vashem zginęło 4 miliony Żydów. Wśród bezdusznej liczby jest dla mnie spielbergowska dziewczynka w czerwonym płaszczyku, mała Sabcia Wygnańska z kieleckiej wsi, której dziadkowie prowadzili sklep przylegający obejściem do szkoły powszechnej. Podwórko szkolne z zagrodą Wygnańskich dzielił śmietnik, na który babka Sabci pewnego dnia wyrzuciła dopiero co wyklute kaczątko.
Sabcia zapukała do drzwi kierownika szkoły i z tajemniczą miną wywołała jego córki. Za stodołą otworzyła stulone rączki. Ach! - wyrwało się dziewczynkom. Popiskiwała tam żółta kulka, której nóżki rozciągnięte w szpagat skazały ją na śmierć. „Musimy pisklaka ukryć u was, bo babka zrobi mu coś złego!" - zawyrokowała przerażona, tuląc delikatny puszek do ust. Bardziej troskliwej opiekunki nie było.
Zginęła w Auschwitz.
- W marcu 1968 roku wyjechało z Polski od 13 do 20 tysięcy Żydów.
Wyjechała z Bielawy babcia Jo. Siedząc na tobołkach i tuląc wnuczka, małego Abramka, prosiła syna płacząc – „Herszlik, jedźcie z nami. Taki świat drogi!“
Herszele nie mógł jednak wyjechać, bo piękna Julia, żona Polka, nie chciała opuścić Polski.
Babka zamieszkała w Izraelu, w Nahariji, ale daleko w Europie pozostał jej ukochany Abramek, zostało serce, które bez dziecka nie chciało dłużej bić. Po tej miłości pamiątkami są egzotyczne, zasuszone kwiatki, które babka, nie umiejąc pisać, wysyłała wnukowi, dając znać, że pamięta i tęskni. Życie Herszele uległo zmianie. Rozdarty między bliskimi w Izraelu, a żoną i dziećmi, nie był szaęśliwy.
Po rozwodzie z Julią, wyjechał do Izraela. Matki już nie było.
„Historia nie biegnie głównymi traktami, ale przede wszystkim chodzi bocznymi uliczkami spokojnych miasteczek” - taki napis widnieje na tablicy w synagodze w Chmielniku. Ilu jeszcze ludzi ma swoich Blanków, dobrych kolegów, którym wciąż pamięta się pomoc w szkole, panów Gąsków, znakomitych ,,krawców mężczyźnianych“ szyjących wszystkim chłopcom garniturki komunijne, Josków, doskonałych ,,szewieców"?
I stało się tak, jak w piosence Jacka Kaczmarskiego dwadzieścia lat póżniej - Alek mieszka w Kopenhadze, a Krysia (izraelska już Batia) w Tel-Awiwie, Danek w Wiedniu, Janusz we Frankfurcie, Sura w Paryżu, Marek w Zurychu. Są informatykami, kupcami, naukowcami, restauratorami, prawnikami. Tak, Polska jest uboższa o ich wiedzę i zdolności, ale nie możemy nigdy zapomnieć o zwykłych babciach Jo, których życie upłynęło na rozstaniach i na ciągłej tęsknocie za domem, za Polską - najpierw na Syberii, a potem na przymusowej obczyźnie.
Sabina Baral - w marcu 1968 roku studentka Politechniki Wrocławskiej – wzięła udział w burzliwym sprzeciwie młodych ludzi przeciwko zdjęciu z afisza ,,Dziadów" Mickiewicza, przeciw dyktaturze zwanej proletariacką, przeciw niesprawiedliwym ocenom, przeciw dominacji partii nad wolną wolą i kulturą.
Nikt wtedy nie spodziewał się, jakie kręgi zatoczy ten wir i kogo wciągnie zawierucha, na której czele stanęli Adam Michnik i Henryk Szlajfer, obaj o żydowskich korzeniach. Ich udział wystarczył, aby za bunt oskarżyć obywateli polskich pochodzenia żydowskiego i zatuszować budzącą się w narodzie niezgodę na zbytnią ingerencję państwa w życie Polaków. Dodać trzeba, że wydarzenia marcowe rozgrywały się na tle istniejącej już nagonki antyżydowskiej, rozpętanej w 1967 roku po wybuchu wojny izraelsko-arabskiej, w której
Związek Radziecki opowiedział się po stronie Palestyny. W zniewolonym PRL-u słusznym zatem było popieranie rosyjskich sympatii. Polscy Żydzi zapłacili za tę manipulację wypędzeniem.
Sabina Baral (wtedy Binder) wyjechała z rodzicami do Stanów Zjednoczonych. Jak głęboko zraniła ją emigracja wbrew woli, opisała we wspomnieniach ,,Zapiski z wygnania". Czuła się odepchnięta i upokorzona decyzją polskiego rządu. Nie, nie zostanie tu, gdzie jej nie chcą. Przed podjęciem ostatecznej decyzji o emigracji jeszcze oglądała się na sprzeciw narodu, że tak nie można, że Żydzi to także Polacy oddani ojczyźnie, mający swój jedyny dom właśnie
tu, nad Wisłą, Nikt nie zabrał głosu przeciwko barbarzyństwu. 20-letnia dziewczyna z urażoną dumą była tak zdeterminowana, że zdecydowała się na wyjazd nawet porzucając narzeczonego, a gdy rodzice zaczęli marudzić nie chcąc opuszczać domu cokolwiek by się tu nie działo, Sabina odpowiedziała - To zostańcie. Ja wyjeżdżam.
Byli już starsi, był to dla nich czas na stabilizację, nie na zmiany, ale Sabina to jedyna, ukochana córka... Trzeba się pakować. Jak wyselekcjonować pamiątki? Z czego zrezygnować i porzucić? Obostrzenia władz dotyczące mienia przesiedleńczego były drakońskie. Sąsiedzi łakomie spogłądali na meble, ubrania, naczynia, nie odwodząc ich od wyjazdu, ale na niego czekając.
Państwo Estera i Zygmunt Binderowie nie znali języków obcych, nie byli obeznani w obcym świecie, pracowali we wrocławskiej fabryce szczotek i prowadzili życie zwykłe, spokojne, dalekie od światowego, zatem nasza dumna autorka brała na siebie odpowiedzialność za szczęśliwe dobicie z nimi do spokojnej przystani. Teraz ona była opiekunką, pocieszycielką, tłumaczką, żywicielem.
Wzruszenie ścisnęło mi gardło, gdy zobaczyłam zdjęcie matczynego słownika polsko-angielskiego. Zniszczona, widać, że często używana książeczka z rozpadającymi się kartkami. Ten słownik powiedział mi wszystko o mamie Sabiny Baral, która drżącymi rękami wertuje słownik w sklepie, zagadnięta przez sąsiadkę. Widać w tych strzępach jej zagubienie i gorączkowe próby odnalezienia się wśród obcych. Często był w użyciu. Żaden, najbardziej
nawet artystyczny opis i liryczna wylewność nie zastąpią mi tego zdjęcia.
Poznałam Esterę.
Rozumiem Sabinę Baral, kiedy odwraca się od współczesnych problemów Polski. Mam inny świat – bezpieczny i dzieli mnie od niego kilka godzin lotu - mówi, odgradzając się tym samym od IPN-owskiej ustawy, wewnętrznych i zewnętrznych polsko-żydowskich konfliktów, nieporozumień dyplomatycznych. Rozumiem też Sabinę Baral, która odwiedza Polskę chcąc spotkać się z przyjaciółmi, zobaczyć stare kąty, odetchnąć atmosferą młodości. Powiecie, że tamto odżegnywanie się i obecne częste odwiedziny to sprzeczność?
Nie, to zagmatwana i rozdarta dusza wygnańca. Baral lubi powtarzać w wywiadach słowa Faulknera: ,,Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością".
Książkę napisała po polsku i wydała w Polsce. Mówi, że „wyrwała tę książkę z własnej duszy" zawierając w niej cały ból wypędzenia. Przekazała Polakom, w których wciąż jeszcze mimo okrutnych doświadczeń tkwi ksenofobia i antysemityzm, uczucia człowieka pozbawionego domu. Z pięcioma dolarami w kieszeni, pozostawiając przyjaciół i miłość, wygnaniec zostaje zmuszony w nieznanym budować życie. Emocje, które towarzyszą
czytającemu pamiętnik są bardzo głębokie. To nie wydumana historia, ale dokument ,,ku pamięci".
Magda Umer, jako reżyserka i Krystyna Janda, jako sceniczna odtwórczyni postaci Sabiny Baral, dopisały własny, dalszy ciąg tej historii. W Teatrze Polonia obie panie wystawiły „Zapiski z wygnania". Co za artyzm, co za takt, co za umiar!
Krystyna Janda wycofana w głąb sceny, odgrodzona od widowni tiulową kurtyną, która lekko zasnuwa mgłą tamte wydarzenia, ale nie pozwala im zniknąć - opowiada. Opowieść ilustrują muzycy i fragmenty filmów dokumentujących wydarzenia marcowe.
,,Emigracja to rodzaj pogrzebu, po którym życie dalej trwa" – słowa Tadeusza Kotarbińskiego, którymi Baral rozpoczyna swoją opowieść – płyną cicho z ust zwyczajnej kobiety, tak małej i drobnej w ciemnościach sceny, mającej jedynie mikrofon jako partnera, na którą skierowane jest punktowe światło, jakby wydobywające ją z masy jej podobnych, tysięcy Żydów, którzy tam, w ciemności, swoją obecnością potwierdzają przeszłość. Nic nie jest ważne w spektaklu, tylko słowo, które Krystyna Janda ceni, zna i wypowiada jak nikt. Ascetyczność gry aktorki i otoczenia pogłębia odbiór. Czy ona gra? Czy wyjęła duszę Sabiny i teraz sączy ją w nasze serca? Akcenty muzyczne, fragmenty piosenek - wyrwane, niedokończone, zmięte w ustach, zamilkłe...
Czasem wydaje się, że to już koniec spektaklu, ale nie, to Janda mistrzowsko operuje pauzą podsycając napięcie. Po ciszy, wyciąga z zakamarków pamięci kolejną historię, a milcząc zastanawiała się tylko, czy też o niej powiedzieć.
Widownia zamiera, w zastygłych ludzi wlewają się ciche słowa „Zapisków". Tu niepotrzebna deklamacja, tekst pamiętnika niesie w sobie wielkie bogactwo emocji tak ciężkich, że wraz z aktorką coraz częściej widzowie ocierają łzy.
Ale co to? Na czarnej mgle marcowych wspomnień pojawiają się współczesne obrazy rozkrzyczanej tłuszczy z nienawiścią na twarzach. Są buńczuczni, pewni swego, niosą obraźliwe hasła, ryczą ulicznym żargonem deklaracje sily i nienawiści, i nietolerancji.
,,Nas już tu nie ma. A wy zostaniecie z tym waszym antysemityzmem" - smutno konstatuje Sabina Baral.

Magazyn artpost nr 3 (22) 2018, wyd. maj-czerwiec

 

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2018 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni