kup bilety online

Komunikat prasowy

Kobiety w sytuacji krytycznej, czyli o problemach kobiet pięć magicznych lekcji!

„Są tutaj ludzie z mediów? (…)
Sram na Was.”
- mówi na dzień dobry Marianna, jedna z pięciu „Kobiet w sytuacji krytycznej”. Widownia przeżywa lekki wstrząs (większy, jeśli ktoś faktycznie reprezentuje media). Niedowierzanie, że można to powiedzieć z taką mocą. A jednak to jedyna słuszna droga, by nie zwariować czytając rozmaite recenzje, jakie zebrała sztuka Joanny Murray-Smith, wyreżyserowana w Teatrze Polonia przez Krystynę Jandę. Nie pierwszy już raz czytam różne rewelacje w stylu: „nieciekawy, infantylny i fatalnie napisany tekst”, „jej ulubiona mina: zmarszczony pies rasy szar pej”, „wiekowa wokalistka” czy mój ulubiony „(…) teatr Jandy stanie się przytuliskiem dla znerwicowanych gospodyń domowych”. A potem idę do teatru i widzę zupełnie inny spektakl. Infantylny rzekomo tekst okazuje się głęboki, pełen odniesień do rzeczywistości minionej i przyszłej, shar pei, bo taka jest jednak pisownia tej rasy psa, nie ma z aktorką nic wspólnego, wiekowa, czyli podobno sędziwa wokalistka okazuje się interesującą kobietą z wybornym temperamentem. Co zaś się tyczy przytuliska…Hmm… Panią recenzent poniosła fantazja, czego nie zauważa się niestety przy wyborze tekstów, którego dokonuje w teatrze, w którym aktualnie pracuje…

 

„Gwiazda twa wciąż nad tobą trwa
Wróży z wszystkich trosk dobry los
Gwiazda twa wciąż nad tobą trwa
Wróży dobry los, dobry los”

         Oryginalność tekstu Joanny Murray-Smith polega na tym, iż jest to materiał niebywale obszerny. Z dwudziestu pięciu monologów reżyser może wybrać te, które dadzą mu możliwość wykreowania przestrzeni scenicznej w swój własny sposób. Krystyna Janda, dokonując adaptacji scenicznej „Kobiet w sytuacji krytycznej” (w oryginale „Bombshells”), wybrała pięć niezwykłych historii. Dzięki nim stworzyła panoramę prawdziwych problemów współczesnych kobiet, która z pewnością wielu się nie spodoba (bo jakże to tak – otwartym tekstem mówić o tym, co kobiety boli!), jednak stanowi mądry sposób na uzmysłowienie ludziom, że pewne sytuacje mają miejsce, a milczenie czy uśmiech nie zawsze oznaczają, że wszystko jest w porządku.

            Mało tego, choć pojawiają się głosy, że pięć aktorek snuje się po scenie, nawet nie wchodząc ze sobą w interakcje, jest dokładnie odwrotnie. Pięć „kobiet w sytuacji krytycznej” żyje tuż obok, nawet jeśli się nie odzywają do siebie (bo nie znają się), to jednak właśnie dzięki reżyserce mają szansę na scenie komentować losy pozostałych pań gestem, spojrzeniem. Przypomina mi to rozwiązanie wykorzystane przez Karolinę Kirsz w spektaklu pt. „One same” w Teatrze Żydowskim, gdzie pięć kobiet, które nigdy nie mogły się spotkać w życiu, mają tę szansę gdzieś w przestrzeni pozaziemskiej, rozmawiając ze sobą własnymi historiami. Niby nie padają tam żadne słowa bezpośrednio będące odpowiedziami na pytania innych kobiet, a jednak słowa budują znakomita dyskusję.

            W Teatrze Polonia Krystyna Janda utrudnia sprawę jeszcze bardziej, bohaterki niemal nie mówią do siebie nawzajem, nawet tylko opowiadając swoje historie, a jednak poziom zrozumienia jest u nich podobny. One czują i rozumieją inne kobiety. Patrzą na nie czasem, dyskretnie, oceniająco lub współczująco, starają się wykonać pewien gest dobroci, a to wszystko sprawia, że spektakl przestaje być li tylko kolażem monologów, a staje się krwistym, pełnym emocji przedstawieniem z duszą. Monologi kobiet zostały rozbite na sekwencje, zdarzenia, nawet pojedyncze zdania. Janda miesza czas, łączy zdarzenia zestawia emocje. To wszystko tworzy taki nierzeczywisty, ale prawdziwy świat. No i jeszcze muzyka, która paradoksalnie spina całość i stanowi swoisty kontrapunkt zarazem.

            Mądrość Jandy to świadomość tego, czego nie potrafią lub nie chcą czasem dostrzec recenzenci, domagający się lawiny emocji, a nie inteligentnie poprowadzonej prawdy postaci. Oceany namiętności też się pojawią, jednak nie ciągle, jak chcieliby niektórzy. No i mamy w zanadrzu coś, czego żaden najmniej przychylny krytyk nie odbierze – przedstawienie jest na afiszu dziewiąty już rok, publiczność wali drzwiami i oknami. A to w końcu widz wie najlepiej, czy coś jest dobre czy nie.

 

„Mój ukochany mąż śpi. Całuję go. (…)
Trzeba nakarmić dziecko.”

            Mira (Maria Seweryn) jest zmęczoną życiem matką i żoną. Wciąż musi pilnować smoczków, pór karmienia, porozrzucanych ubrań, prać, sprzątać, gotować. W tle jeszcze pan domu, które to bóstwo trzeba również mieć cały czas na względzie. Co pozostaje dla niej? Niewiele. Marzenia? Może zapiszę się na jogę – myśli Mira. Skoro Gwyneth Paltrow uprawia jogę, to może i jej życie stanie się przez to równie ekscytujące? Problem w tym, że kobieta nie ma czasu ani na jogę, ani na filiżankę kawy nawet, więc trudno spodziewać się, że cokolwiek w jej życiu się zmieni. Mało takich kobiet dzisiaj? Karmionych ogłupiającymi programami, w których wymalowane kukły na szpilkach, z powiększonymi ustami i biustami, tłumaczą im, że życie stanie się lepsze, jeśli kurz z lustra zostanie wytarty takim a nie innym rodzajem szmatki… Jak w stanie permanentnego zmęczenia, bez możliwości realizacji nawet znikomej ilości własnych potrzeb, matka ma kochać swoje dzieci? Gdy wszyscy inni stają się ważniejsi, wcale nie tak łatwo jest nie zwariować. Zachowanie Miry dowodzi, że dorównać ideałowi nie jest łatwo. W tę samą pułapkę wpadają tysiące, jeśli nie setki tysięcy współczesnych kobiet…

 

„Mój mąż Józef umarł pięć lat temu na raka.”

               Maria (Dorota Pomykała) to wdowa. Skupiona na rozpamiętywaniu swojej sytuacji, choć nie w taki sposób, jak widzieliby to inni. Ona nie czuje się  niepełna, bo utraciła mężczyznę. Zmieniło się tylko jej życie, czego wolałaby nie przechodzić. Odtąd gra więc rolę wdowy, bo tak widzą ją inni. Chodzi na spotkania z wdowami, w restauracji wybiera  menu dla wdów,  bo tak musi być. Zupełnie jakby śmierć bliskiej osoby oznaczała też śmierć tych, którzy zostali…

            Ludzie, którzy stracili bliskich, są czasem jak trędowaci. Gdy zdarzy się tragedia, nie wiadomo, jak do nich podejść, co powiedzieć. Boimy się, że możemy ich urazić, więc unikamy jak ognia. A oni cierpią, lecz chcą żyć. Najłatwiej więc jest im znaleźć kogoś, kto czuje to samo, kto rozumie, komu nie trzeba będzie tłumaczyć… Zamknięty krąg wdów, samotnych i nieszczęśliwych nie z wyboru, a z ludzkiego ostracyzmu…

            Marię spotyka coś niesłychanego, oto któregoś dnia, gdy czyta niewidomemu młodzieńcowi (wdowy uwielbiają dobroczynność), między nią a mężczyzną nawiązuje się erotyczna więź. Wyzwala, wprowadza na nowe tory. Może to też sposób na życie?

 

„Jestem strasznie szczęśliwa!
Jestem cholernie szczęśliwa!
Jestem taka szczęśliwa, że chce mi się krzyczeć.”

            Słodka idiotka – aż się wierzyć nie chce, że czasem najbardziej nawet pragmatyczna kobieta na dźwięk słowa „ślub” dostaje amoku. Nagle staje się miłośniczką kokardek, falbanek, próbnych fryzur, wymyślnego makijażu oczu. Jakby świat cały szykował się tylko na to, że ona wstąpi w związek małżeński. Ślub sprawia, że kobieta przymyka oczy na niedoskonałości partnera (a – jak to w życiu – bywa, że są niemałe) i jak ćma do ognia grawituje w kierunku ołtarza.

            Marzena (Joanna Pokojska) tłumaczy, że panna młoda stoi pomiędzy światem marzeń a światem spełnienia się, tak, jak gdyby tylko usankcjonowany prawnie związek nadawał sens jej życiu. Smutne, ale jakże prawdziwe. Pokolenia kobiet, którym wmawiano, ze w wieku dwudziestu lat powinny być już żonami i matkami, robią swoje.

            A jednak Marzena zaczyna… myśleć. Czy aby bycie żoną nie jest czasem jak bycie sprzętem kuchennym? Zwłaszcza, jeśli kandydat na męża nie jest tym wyśnionym? „Mój, za chwilę mąż, rzucił mi koło ratunkowe i ja je złapałam!” – powie. I zacznie wmawiać sobie, jak ważny jest ten wkrótce mąż, jak wielka jest siła miłości, jak inny od wszystkich, trwalszy i piękniejszy będzie ten mariaż. Zaraz, mariaż czy miraż? Bo przecież sama panna młoda stwierdza autorytatywnie, że „trochę pierdoli”. Bo przecież ona już się widzi jako utrzymanka, przechadzająca się w jedwabnym peniuarze po ogromnym domu, na dodatek będąca skrzyżowaniem Laury Bush i Pameli Anderson. Stwierdzenie – jak wyżej – znów bardzo aktualne…

            Opamiętanie przyjdzie tuż przed ślubem. Przecież ona go tak naprawdę wcale nie kocha. Marzy raczej o sukience, o tym, by być w centrum uwagi, choć przed chwilę. I dopada ją strach, bo przecież nie chce powielać tego samego błędu, jak jej własna matka, nieszczęśliwa w małżeństwie od lat.

 

„Miła atmosfera….to dla mnie osobiście bardzo ważne, miałam trudny  rok, 
i…przyjemne towarzystwo i życzliwość ludzka, ma dla mnie bardzo duże znaczenie.”

            Muszka (Małgorzata Zajączkowska) to kobieta - duch, która boi się, że jest już nikim, ponieważ została porzucona. Nie umie żyć, boi się własnego cienia, straciła całą pewność siebie. Aby jakoś funkcjonować, przelewa cała miłość, którą chciałaby komuś ofiarować, na… kaktusy.

            Kiedy Muszka płacze, widać, że samotność jest dla niej dramatem. Nie potrafi zrozumieć, dlaczego została porzucona, ani odnaleźć się w nowej sytuacji. Mówi się o takich ludziach, że są dobrzy, że nie zasłużyli na to, by ktoś ich zostawił. Fakt. Ale prawdą też jest, że takich ludzi najłatwiej jest zranić. Dlatego nie ma się co dziwić, że łagodna i dobra Muszka nie potrafi przejść nad stratą do porządku dziennego. Gdy inne kobiety będą umiały w ciągu paru dni wejść w nowy związek, wycofana Muszka zamknie się w sobie i choć wciąż pełna nadziei, nie będzie potrafiła wychylić głowy ze swojej skorupy. Znam i takie kobiety…

            To właśnie Muszka ma najbardziej rozwinięty instynkt macierzyński, choć paradoksalnie sama nie ma dzieci. Ona czuje, jak wielką moc mają wspólnie z kimś spędzone chwile. I właśnie ona mówi o tym, jak wielu jest ludzi samotnych… („Wielu z nas jest dumnych, mogąc powiedzieć „KOCHAM KAKTUSY”.

            Szlag mnie jednak trafia, że takie Muszki są wśród nas, przekonane o tym, że są coś warte tylko dlatego, że ktoś na chwilę zwrócił na nie uwagę. A przecież są warte nie dlatego, że ktoś tę wartość dostrzegł, a dlatego, że ona po prostu jest.

 

„Będę z wami szczera….Piłam. Wszyscy pili… Artyści cierpią na nieustanny
ból istnienia. Były takie momenty, że….nie wiedziałam,  kim jestem.
Czułam się jak gówno.. Bałam się spojrzeć w lustro… malowałam się na pamięć.”

- mówi na dzień dobry Marianna (Lidia Stanisławska), bohaterka niezwykła. Sama z poplątanym życiem, a na dodatek scalająca swoim  występem wszystkie inne postaci. Śpiewa i mówi o sobie i o nich, o kobietach na skraju załamania nerwowego, które płacą wielką cenę za życie, które przyszło im wieść.

         Piosenkarka nie występowała od lat. Wraca, ale choć mówi, że nie zniszczyło jej życie, złe recenzje, brak kontaktu z publicznością, między wierszami słychać szemrzący strumyk bólu. Scena, kapłanka sławy dla wszystkich artystów, jest dla niej jedynym stabilnym punktem. To taka „gwiazda nad tobą od czarnej godziny”.

             Szczera do bólu, nie udaje i nie koloruje. Cierpiała na ból istnienia, więc piła. Bała się spojrzeć w lustro, więc malowała się z pamięci. Mówili, że wygląda jak prostytutka. Broniła się, lecz nie wierzyli. Wszyscy starali się zabić w niej chęć życia, ale nie udało się, wola walki o siebie była większa. Więc wróciła. Na przekór plotkarzom, pismakom, wszystkim!

            Niekochana – piła, mąż nie radził sobie z niczym – piła, rozwód roku – wiadomo, jak sobie radziła. Straciła wszystko, gdy spalił się dom. A ona piła dalej. Dlaczego? Bo choć ludzie mówili, że teraz będzie już lepiej, nie wierzyła. Miała powód. Kiedy spalił się jej dom, pojechała do umierającej matki, ta uścisnęła ją i wyjawiła, że jej ojciec nie jest jej prawdziwym tatą. Z rozpaczy piła dalej. Zabrali jej córkę, podpisała papiery adopcyjne w pijackim widzie. Dopiero teraz córka ją odnalazła i zaczęła o nią walczyć, to był najsilniejszy impuls, by zawalczyć o siebie i o… wszystko. Jest na nią wściekła, ale to dobrze, bo to motywuje, by się starać. Marianna nie czuje się kochana, ale kocha i to uczucie ją wyzwala. Znalazła siły na zmiany! Występy, odstawienie narkotyków i wódki.

 

„Pewnego dnia pomyślałam: albo zdechnę, albo wyjdę z tego
i przestanę się nad sobą użalać….zaczęłam walczyć….
walczyłam, och jak było trudno . Udało się.
Musiałam mieć pomoc od kogoś tam, na górze...
I teraz  gdy stoję przed wami… Jestem trzeźwa.  Próbuję być szczęśliwa.”

            Wszystkie panie czują się samotne. Ich samotność jest stanem duszy, czasem udręczonej brakiem kogoś, z kim można byłoby dzielić życie, czasem powodowana rezygnacją z siebie w imię dobra partnera. Jednakże to nie samotność je zabija, a brak uczestnictwa w życiu społecznym, one czują się niepotrzebne, wyalienowane, a chciałyby być takie, jak inne. I tak samo traktowane. Niektóre już rozumieją, co muszą zrobić, by to osiągnąć, w innych dopiero kiełkuje właściwa myśl, któraś pogrążona jest jeszcze w otchłani rozpaczy.

            Nie wiemy, jak potoczą się ich losy, każda znajduje się w tej chwili w specyficznym, niejako granicznym punkcie, teraz to już: albo – albo! Tak bardzo kibicuję, by im się udało!

 

Szybko jeszcze o zaletach…

            Mówiłem już o tym, że „Kobiety w sytuacji krytycznej” są znakomicie wyreżyserowane. Sceniczna adaptacja i reżyseria Krystyny Jandy dowodzą, że ta kobieta-instytucja wie doskonale, jak trafić do serc widzów. Nie ma jej nawet na scenie, a my i tak ją kochamy.

            Z piątki występujących w przedstawieniu aktorek cztery to absolutne królowe. Aż trzy widziałem na scenie po raz pierwszy i to był wstrząs absolutny.

            Lidia Stanisławska to dla mnie legenda felietonu ze świata artystycznego. Jej „Gwiazdy w anegdocie” mam tak zaczytane, że chyba czas kupić nowsze wydania. W spektaklu tak głęboko wnika w świat Marianny, że trudno zapomnieć, że to tylko rola. Ktoś zarzucił, że spektakl opiera się na dosłowności. Co za bzdura! Lidia Stanisławska wprowadza element magii, jej głos – gdy mówi, pozwala przenosić się w czasie i przestrzeni, gdy śpiewa zaś – ma w sobie głębię najpiękniejszej metafory. I – nie czarujmy się – to mistrzyni piosenkarskiej interpretacji. Gdyby stanęła na jednej scenie obok tych pożal się Boże dzisiejszych gwiazdeczek, nikt by ich nawet nie zauważył. Ona je zmiata nawet na odległość.

            Małgorzata Zajączkowska – po prostu wspaniała. Ma głos, z którym mogłaby zrobić wszystko. Tutaj – oszczędna do bólu. Ale nie gra jedną miną. Jest w granej przez nią Muszce pewna tajemnica, której być może jeszcze przed nami nie odkryła. To fascynujące. To z jednej strony taka trzcina myśląca na wietrze, którą byle wiatr może złamać, z drugiej zaś – no właśnie… Kobieta – tajemnica, złamana, introwertyczna, gdy płacze – mamy chęć podbiec i utulić ją, bo przecież za tym najbardziej tęskni…

            Dorota Pomykała – artystka, która wielu już młodym aktorom wskazała drogę, jaką powinni zmierzać, by dążyć do scenicznej doskonałości. Dotąd widziałem ją tylko na ekranie, teraz wiem już, jak wiele ma do zaoferowania także w teatrze. Znakomita parodystka, błyskotliwa i czarująca. Jej postać nie tylko żyje, ale hipnotyzuje, choć przecież chwilami także śmieszy! Ukłony!

            Marię Seweryn widziałem już w tylu rolach, że trudno zliczyć. Nie zawiodła do tej pory ani razu, więc i tu jest świetna. Wróciła po dłuższej nieobecności przygotowana jak nigdy, jeden miesiąc i kilka ról tak odmiennych. Tutaj – taka przysłowiowa Matka Polka – umęczona bieganiną między kuchnią, pralnią a salonem. Zawsze w nieładzie, bo trzeba odkurzać, uprać skarpetki, kto w tym wszystkim znalazłby czas na fryzjera? Chociaż jest jej źle, nie przyzna, że jest nieszczęśliwa. Ma szczęście być żoną, to jej życiowy sukces… Seweryn umiejętnie portretuje tysiące polskich kobiet, które w pogoni za doskonałością życia rodzinnego umarły wewnętrznie i nie mają już serca do niczego.

            Joanna Pokojska miała po prostu ogromnego pecha. Nie była zła, jednak grając z tyloma wybitnymi postaciami polskiej kultury, nie miała szans zabłysnąć w ten sam sposób. Zabrakło doświadczenia, warsztat przyjdzie z czasem. Miała dobre momenty i w zasadzie nie zawiodła, jednak do wspomnianych artystek jeszcze daleka droga. Trzymam wszakże kciuki!

            To, co najpiękniejsze, to także muzyka. O Lidii Stanisławskiej już mówiłem, jest heroiną interpretacji, jednak trzeba wspomnieć i o tym, że muzyka w przedstawieniu grana jest na żywo. Janusz Bogacki pięknie opracował piosenki, ilustruje też akcję z dużym wdziękiem. Cudo, nie muzyka! Świetne są też kostiumy (Dorota Roqueplo jest w końcu gwarancją klasy), jednak tu muszę wspomnieć o pewnym zgrzycie. Suknia Marzeny na zdjęciach z premiery jest śnieżnobiała. Dziś wygląda, jakby nie czyszczono jej od wtedy, jest poszarzała i doprawdy trudno ją było uznać za wyśnione marzenie panny młodej. Pomijając jednak ten fakt, „Kobiety w sytuacji krytycznej” są po prostu wspaniałe. I nie będę ukrywał, miałem wilgoć w oczach dzięki Małgorzacie Zajączkowskiej i Lidii Stanisławskiej. Dziękuję!

            Włodzimierz Neubart

 

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2018 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni