kup bilety online

Komunikat prasowy

Chwila wytchnienia

Hubert Michalak, Nowa Siła Krytyczna

Po co wystawiać dziś Bałuckiego? Nie jest klasykiem z rzędu tych testowanych w ogniu kolorowych i głośnych, współcześnie pomyślanych inscenizacji. Nie prowokuje, by wyposażać jego bohaterów w akcesoria człowieka pierwszej dekady XXI wieku. Nie jest obrazoburczy. Nie został nagle odkryty w czeluściach bibliotek i po raz pierwszy wystawiony. Bałucki na scenie współczesnej to, mogłoby się wydawać, szacowna ramotka o ludziach z przeszłości, ich - niekiedy już niezrozumiałych - problemach, skrytych romansach, konwencjonalnym sposobie bycia.

Reżyserka najnowszej premiery Teatru Polonia, Krystyna Janda, ma tego absolutną świadomość. "Grube ryby" w jej inscenizacji nie próbują stać się niczym więcej nad to, czym są. To komedia charakterów, w której najistotniejszymi elementami gry scenicznej są postaci. Teatr bezpieczny, lekki, skonstruowany i grany z szacunkiem dla wypowiadanego słowa, z żartobliwym mrugnięciem w stronę widowni.

Na scenie ukazany został salonik w domu Onufrego i Doroty Ciaputkiewiczów (Ignacy Gogolewski i Wiesława Mazurkiewicz). Intryga pleciona przez Bałuckiego zasadzona jest na oszustwie, jakiego wobec tytułowych grubych ryb - czyli podstarzałych kawalerów: Wistowskiego (Sławomir Orzechowski) i Pagatowicza (Artur Barciś) - dopuszczają się dwie pensjonariuszki: Helena (Justyna Kulig) i Wanda (Małgorzata Kocik). Panowie myślą, że dziewczęta chcą wydać się za nich za mąż, nie wiedzą jednak, że jedna z nich już ma wybranka swego serca, a drugiej zależy jedynie na symbolizującej dorosłość sukience. Przez większą część przedstawienia oglądamy nieporadne zaloty starych kawalerów, kibicując, oczywiście, dziewczętom. Całość wieńczy obowiązkowy happy end i wspólny taniec, w który włączają się wszystkie postaci przedstawienia.

Aby papierowi bohaterowie ożyli przed oczyma widza, niezbędni są aktorzy łączący w sobie inteligencję, znakomity warsztat, umiejętność wypracowania postaci, wydobycia jej z dramatu, wypunktowania wszystkich jej cech - oraz przede wszystkim vis comica.

Znakomitą, pełnokrwistą rolę zbudował Barciś. Nie można nie uwierzyć w jego kolejne metamorfozy czy nie wybuchnąć śmiechem na widok pokracznych prób tanecznych. Wyczuwając konwencję przedstawienia, aktor wpasowuje się w nią znakomicie. Partneruje mu, również w niezłej formie, Sławomir Orzechowski. Kontrast fizyczności, sposobu ubierania się, charakteryzacji i ruchu scenicznego (Barciś z doklejonym zarostem przypomina fauna, jest też dynamiczniejszy w sposobie poruszania się; głowę Orzechowskiego wieńczy rzadka, siwa czupryna, a cała postać jest mniej ruchliwa, cięższa) został w rysunku protagonistów wyzyskany w najwyższym stopniu.

Z drobnych gestów i ironicznego, zdystansowanego podejścia do postaci zbudował swoja rolę Gogolewski. Jego Ciaputkiewicz to pocieszna suma wielu drobiazgów, jak: dreptanie po saloniku, zaaferowanie przyjazdem dziewcząt i dobroduszny uśmiech nie wszystko rozumiejącego starszego pana (który równocześnie jednak wnikliwym spojrzeniem potrafi przejrzeć zabiegi dzierlatek). Wzruszająco zabawna jest również Wiesława Mazurkiewicz. To rola partnerska, ma zdecydowanie mniej tekstu, często jednak jest milcząco obecna na scenie. To milczenie Mazurkiewicz wypełnia drobnymi działaniami (piciem herbaty, mocowaniem się z korkiem buteleczki leków), opiekuńczymi gestami wykonywanymi w stronę domowników, uważną obserwacją zgromadzonych. Z jej twarzy niemal nie schodzi serdeczny uśmiech, a zdziwienie czy grozę sytuacji, które wyraża przerysowaną mimiką, natychmiast łagodzi spokojnymi, łagodnymi gestami, właściwymi wiekowi i statusowi swej bohaterki.

Nienajlepiej wypadły na tle pozostałych aktorów studentki szkół teatralnych, Justyna Kulig i Małgorzata Kocik. Gdyby ich bohaterki nie różniły się kolorem włosów, nie można by było odróżnić ich od siebie. Dziewczyny stworzyły postaci jednowymiarowe i płaskie, które wypadają sztucznie i banalnie, jakby aktorki nie miały nic do zaproponowania. Nawet wnoszona żywiołowość i młodzieńcza energia wydawała się zagrana, ostentacyjnie sztuczna - a sztuczność ta w żaden sposób nie mieściła się w (komediowo skrzywionej, ale nadal realistycznej) konwencji przedstawienia. W ten sposób schematyczne postaci sprytnych podlotków nie wyszły w żaden sposób poza konwencję ich pokazywania. Jaskrawa różnica między młodymi aktorkami i pozostałą częścią zespołu "Grubych ryb" była nie do zniesienia.

Nieprzypadkowo tak wiele miejsca poświęcam aktorom. Spektakl w Polonii nie sili się bowiem na odkrywczą interpretację, nie olśniewa widowiskowością. Jest zrobiony dla aktorów i ze względu na nich, jak również ze względu na znakomicie napisane postaci, czekające na wcielenia sceniczne. I to dzięki aktorom przedstawienie ogląda się z przyjemnością. Konwencja przedstawienia i wystrój sceny mogą przypominać inscenizacje rodem z XIX wieku, jednak lekki, nienachalny sposób gry ożywia tę przestrzeń. Bibeloty na półeczkach nagle okazują się być idealnym dopełnienie wnętrza, przykurzone krzesła zaczynają prawidłowo funkcjonować, a staromodny stolik do gry w karty okazuje się nieodzownym elementem gry damsko-męskiej.

"Grube ryby" nie są dobrą pożywką dla spragnionych nowości, dzielących włos na czworo teatrologów, ani dla fanów zdekonstruowanych dramatów, czy też "tekstów dla teatru". Przedstawienie daje wytchnienie i chwilę zabawy. Jest demonstracją konwencji i teatrem mieszczańskim, który swej mieszczańskości nie ukrywa, a nawet jest z niej dumny. I choć nie zawsze spektakl szybuje na wyżynach komediowej jakości, wielokrotnie bywa zwyczajnie zabawny. I chwała mu za to.

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2019 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni