Recenzje

kup bilety online

Szczęśliwe dni

Kiedyś trudno było pomyśleć, żeby w sztuce Becketta odważono się redukować inscenizacyjne pomysły autora, który sam zredukował wszystko do granic możliwości. Ale okazuje się, że jego minimalizm został już przyswojony przez naszą kulturę, a unieruchomienie bohaterki bez kopczyka piasku jest dla widza oczywiste - pisze Smecz w Rzeczpospolitej - Plus Minus.

Moje teksty mają być teraz krótsze. Nie traktuję tego jako szykany, lecz jako część globalnego procesu, któremu podlegają wszystkie media. To, co krótkie, czyta się teraz łatwiej i lepiej się sprzedaje, a więc bez trudu wchłonie to gąbczasta masa czytelnicza.

1.

Jak buntować się przeciwko globalizacji i komercjalizacji? Wróg nie jest wyraźny, na dodatek sam boleje i cierpi, że zmuszony jest upraszczać i skracać. Na znak protestu można wycofać się w milczenie, które po chwili zniknie w powszechnym zgiełku, lub pogodzić się ze zjawiskiem. A uczy ono skrótu, nawet tych, którzy są skłonni tej tendencji się oprzeć. Ja też już odruchowo szukam krótkich tekstów. Czy jednak sam zmieszczę się na takiej przestrzeni?

Szef wielkiego medium, kiedyś kolega opozycjonista, gdy wychodzę z jego gabinetu, ściska mi dłoń na pożegnanie i mimochodem mówi: "cenzura to był mały pikuś przy tym, co teraz wymusza na nas komercja". Ta prawda jest przejmująca także dlatego, że tak łatwo się z nią godzimy.

Wzrusza mnie, gdy w telefonie komórkowym słyszę głos Wisławy Szymborskiej i jej zdziwienie, że to magiczne urządzenie jednak działa. Przeprasza, że już nie zdąży przesłać swojej słynnej wycinanki na urodziny mojego synka - moja wina, nie zawiadomiłem. Przy okazji pyta, czy będę dalej mógł pisać w "Rzeczpospolitej". - Ależ oczywiście - mówię. - Nie rozumiem, czemu tak się wszyscy dziwią, że będę dalej pisać w "Plusie"? Niech mi to ktoś wyjaśni!

*

W złym guście jest znęcanie się nad fizycznym wyglądem ważnych przedstawicieli rządzącej ekipy. Ale tak powszechny brak urody czy choćby wyglądu jako takiego jest uderzający i nie pozwala na brak komentarza, chociaż dobre wychowanie zachęca, by ten fakt przemilczeć. Czy mamy jednak obowiązek przestrzegania reguł dobrego smaku wobec tych, którzy ich nie przestrzegają? Każdy z nas, nawet największy esteta, wybaczyłby minister Fotydze, że nie może brać udziału w konkursach piękności, gdyby tylko miała widoczne zalety umysłu i talent do dyplomacji. (Jeśli ma te cechy, to głęboko ukryte, gdy właśnie w tym zawodzie powinny być widoczne jak na dłoni.) Do licznych kuriozalnych nominacji dochodzą kolejne. Jakby ludzie pozbawieni gustu i wyczucia meblowali dom. To nie tylko ich dom, on nasz wspólny.

To, że naród dokonał takiego wyboru, wiele o nas mówi. Ujawnił się brak estetycznego wyrobienia i tradycji, gdyż faktem jest, o czym już nieraz pisałem: wszystkie tradycje były w Polsce rwane oprócz tradycji niechlujstwa. I nie jest przypadkiem, że żaden z prezydentów III Rzeczypospolitej nie miał pojęcia o estetyce. Nie ma prostej zależności między estetyką a moralnością, ale nieprosta jest.

Więcej jednak mówi i bardziej niepokoi język używany przez naszych polityków. Jeśli posłuchać go wnikliwie, widać, że znowu powstaje nowomowa, pełna insynuacji, etykietowania, niektóre słowa są już tak zatrute, "liberalizm, lewica... ", że nie idą prosto, tylko kluczą. Wychowani w PRL potrafią ten język odczytać, ale też go tworzyć. To, że nowa władza wykorzystuje ową wiedzę do swojej gry o polskie dusze, jest kolejnym grzechem ciężkim tej ekipy. Rzetelnej analizy języka dokonuje i będzie dokonywał Michał Głowiński, znakomity analizator języka komunistycznej propagandy. Kto by się spodziewał, że ta umiejętność przyda się też po przełomie.

*

Sprawdza się żelazna reguła naszego życia publicznego: nie wytrzymuje ono dwóch tygodni bez jakiegoś skandalu; kolejny wybucha, gdy właśnie dogorywa poprzedni. Niektóre afery są rozśmieszające, inne przygnębiające i odrażające, są też niszczące.

Arcybiskup Wielgus i jego życie... "Czy jego Ekscelencja też pasał gęsi?" - pyta dziennikarz, odpowiedź jest twierdząca, gdyż kapłan pochodzi ze wsi... O włos, a Ekscelencja pasałby dusze wszystkich wierzących Polaków.

Ten dramat ma posmak grozy i groteski. Kościół uważa, że jest ponad lustracją, nawet ponad faktami, gdyż jego władza nie z tego jest świata. To jednak nie zawsze sprawdzało się w historii, jak i model kapłana, który kocha Boga, a niekoniecznie ludzi.

Teraz mogą triumfować zwolennicy lustracji, mam szczęście, że w tym sporze nigdy nie opowiedziałem się jednoznacznie po jednej stronie, nie z asekuranctwa, raczej z zagubienia.

Gorliwi lustratorzy odpychali mnie swoim obliczem, jakby sami przytrzasnęli sobie palce, a gorliwi jej przeciwnicy mają skrzydła anielskie podejrzanie łyse.

Nie wiem, jaka jest realna skala pomówień lustracyjnych, jak prawda miesza się z fikcją, nikt tego nie wie, ale widzę, że problem dotyczy zaskakująco wielu ludzi, których znam. Opowiadają, jak są przez to upodleni i bezradni. W czarnym blasku dramatu arcybiskupa bledną dramaty zwykłych ludzi, szkoda, wielu z nich wydaje się bardziej wartościowych od tego kapłana. Z opisów wyłania się sylwetka karierowicza, postać żywa we wszystkich czasach i systemach. Potrafi powiedzieć ubekom to, co zapewne czuł szczerze: "katolicyzm w polskim wydaniu oceniam jako wsteczny i zacofany". Ale biskup wolny od współpracy, już w wolnej Polsce z tym zacofanym nurtem się wiąże, w nadziei, że nurt ów wyniesie go wysoko.

Pewne postawy kardynała Wyszyńskiego był usprawiedliwione, gdy Kościół stał się oblężoną twierdzą. Gorzkim tego owocem będzie wyniesienie Józefa Glempa na metropolitę warszawskiego. Duchownego o wąskich intelektualnych horyzontach i neoendeckim światopoglądzie. Ale nie tylko on po roku 1989 przeoczył, że w łonie Kościoła rozwija się taki wrzód jak Radio Maryja. (Pielgrzymki do telewizji Trwam członków rządu przejdą do historii polskiej hańby). W finale swej ziemskiej misji prymas Glemp deleguje na następcę biskupa Wielgusa, którego teczkę znał. Że co proszę...? To wszystko wina Michnika, który walczył z lustracją? A nie wina zaduchu, jaki panuje w polskim Kościele? To, co się stało, to nie jakiś przypadkowy błąd, pracowała na to tradycja Kościoła, który nie potrafił uwolnić się od konserwatywnych ograniczeń, jakie pozostawił mu okres walki i rola obrońcy narodu. Jakby po porodzie wolności nie wyrzucono łożyska i zgniło. (A przecież pamiętam to cudowne poczucie bezpieczeństwa w świątyniach, w tamtych czasach, tylu pięknych księży i wdzięczny im jestem).

Tłum w katedrze i pod nią zaciekle bronił "zaszczutego arcybiskupa", wołając "Chcemy Wielgusa, chcemy Polaka". I Chrystusa Polaka, i matkę jego Polkę. Ten narodowy skansen jest upiorny. Oto objawił się lud karmiony przez ojca dyrektora, baby z rzezią w oczach, wrzaski: "Żydzi i masoni!".

Od lat krytykowałem polski Kościół i wielu kapłanów za konserwatyzm, narażając się na zarzuty, że mam uprzedzenia. Tak, mam uprzedzenia do zamkniętego myślenia, ono prędzej czy później prowadzi do katastrofy. Bliscy mi księża, z którymi się spotykałem, rozkładali ręce: co mamy mówić ludziom? Tak było przed laty, a co teraz? Czy po kolejnych moralnych katastrofach Polacy wytrzymają tę kościelną? Tak, gdyż nie mają innego wyjścia.

Słucham komentarzy najbardziej światłych naszych katolików i ściemnia mi się przed oczyma. Jarosław Gowin pisze radośnie: "To, co się stało, graniczy z cudem". Miły memu sercu Cezary Gawryś: "Uważam, że w tym wszystkim jest zamysł Boży. Nazywam to potężnym dmuchnięciem Ducha Świętego". Krzysztof Zanussi: "Ucieszyłem się tym obrotem rzeczy. Świadczy on o jakimś organizacyjnym zdrowiu i sile Kościoła". Nareszcie rozumiem, to Opatrzność zesłała nam grzesznego biskupa i zbiorową słabość naszego episkopatu, abyśmy ubogacili się nieszczęściem.

*

Mój synek przestał być noworodkiem i z dnia na dzień awansował na niemowlaka. Zupełnie dorośle ziewa, kicha i ma czkawkę. Podobno robił to już w brzuchu. I już widzi, że oprócz niego jest jeszcze jakiś inny świat. Zerka na to wszystko ciekawie albo nieufnie, czasami ze zgrozą. Gdy wpada w przerażenie, ogarnia mnie smutek, wiem, że ten lęk będzie jego cieniem, nawet jeśli przyjdzie mu mieć szczęśliwy los. Całe życie było mi potrzebne, by zmierzyć się z pytaniami, które zacznie wkrótce zadawać - co to jest, po co i dlaczego?

2.

Mam dzięki temu szanse odkryć nowe sensy poezji, sztuki, która jest u źródeł sztuk wszelkich, dlatego małe dzieci mają w sobie jej tak wiele. Kiedy patrzę, jak mój dorosły syn bierze go czule na ręce, wiem, że zamyka się rozdział. On, który tak dobrze zna szwedzki, będzie mógł w tym roku przeczytać na stacjach sztokholmskiego metra wiersz, jaki wraz ze mną stworzył trzydzieści lat temu. Wyszliśmy na pierwszy spacer zimową nocą, spojrzał nagle w górę i zdumiony zapytał: - Co to jest? Odparłem: - To są gwiazdy. I poczułem wtedy, że boję się puścić jego małą łapkę, by nie zostać samemu, zagubionemu we wszechświecie. (Wkrótce jednak stan wojenny zabierze mi metafizykę i skaże na dosłowność). Sztokholm ma kolejną akcję wieszania wierszy z całego świata na stacjach metra. Myślę o tej poezji i o prozie ludzkich twarzy w wagonach metra świata. W latach, które tak szybko minęły, obnażając nagi peron, patrzyłem na te zgaszone oblicza z bólem, w metrze paryskim, sztokholmskim, torontońskim i seulskim, wszędzie takie same. Nie znam tylko metra warszawskiego, jest za blisko.

*

Przyleciał Olek, mój przyjaciel z lat wczesnej młodości, gdy taka bliskość miewa smak miłości, przybył z Kalifornii, jak zawsze bez zapowiedzi. Jesteśmy już wyliniali, sierść wyłazi nam kłakami, nie powinno się nas wpuszczać do pokoi, gdzie są kanapy i dywany. Ale mimo wszystko jesteśmy prawie tacy sami jak wtedy, gdy wałęsaliśmy się deptakiem Sopotu, marząc o pięknych dziewczynach, dziwnie niedostępnych, pachniało morze, a Ewa Demarczyk śpiewała w pobliskiej Operze Leśnej. Jesteśmy więc tacy sami, tylko zapachy zgasły.

Olek na chwilę odłożył kamerę i zrobił film sensacyjny ze Stevenem Seagalem, "Black Dawn". Ten mistrz sztuk walki nieco przytył i na planie miał problem, by złapać oddech, nawet po wygłoszeniu swojej kwestii. - Prześlij go na DVD - proszę. Nie ma mowy, to film akcji, wstydzi się, ma przecież większe ambicje.

Jak być sobą mimo wszystko, jak nie dać się życiu i głupiej komercji, jak unikać artystów w krainie artystów opętanych sobą? Takie same są problemy pod jasnym niebem Hollywood i pochmurnym Warszawy.


Przemilczałem rocznicę stanu wojennego. Ta noc boleśnie przeorała moje życie, zmroziła lata, ale też jaskrawo je pomalowała. Miałem szczęście, że ów koniec świata zastał mnie na nogach. Kiedy jest koniec świata, zawsze lepiej budzić ludzi, niż być budzonym.

Oto nad Warszawą wstaje szary świt z krwawymi pasmami, miasto jak Guliwer w krainie Liliputów budzi się skrępowane od góry do dołu... Po nocy przygód nie do wiary jestem u znajomych, ich też obudziłem - w moim pobliskim mieszkaniu, do którego przez rok nie będę miał wstępu, od północy czeka na mnie czterech drabów, którzy przybyli z łomem.

Wysłuchaliśmy przemówienia generała. A więc to nie inwazja sowiecka, odetchnąłem, by znowu wpaść w rozpacz. Łajdaki, zrobili to! Przegraliśmy, ale niech świat patrzy, jak pięknie giniemy. Nie poszedłem wtedy spać, trzeba przecież coś robić, coś robić, ale wyobraźmy sobie, że jednak zasnąłem na chwilę, by obudzić się dzisiaj.

W holu budynku radia wpadam na Zbyszka Bujaka. On też zmieniony nie do poznania, to już nie ten młodziutki o anielskiej twarzy robotnik, w którym kochali się intelektualiści. (W stanie wojennym wielki bohater podziemia - miałem się z nim konspiracyjnie spotkać, by zrobić wywiad dla swego podziemnego pisma, śledzili mnie i na krótko przed spotkaniem wpadłem, by wylądować na betonie Białołęki. Tam zdychałem z niepokoju, że go zdekonspirowałem - od tego czasu mam problem ze snem. Dziękuję, generale, za błogostan bezsenności).

Witam się ze Zbyszkiem, on też wie, że wraz z generałem zabrali mi sen. Jest 25. rocznica stanu wojennego, jak ten czas zleciał! Pytam: - Będziesz brał udział w jakimś programie o stanie wojennym? Ja też chciałbym cię zaprosić. Nie ma mowy, obrusza się, on tylko kilka słów w Radiu Polonia dla Białorusi, oni mają podobną sytuację jak my wtedy. A tak to nie powie nic nikomu. Sytuacja jest parszywa, nie chce być manipulowany przez media. Gorzko mi się zrobiło, jakbym był reżimowym dziennikarzem.

Zbyszek, uchylając się od działalności politycznej, zapewne ocalił duszę. Nic nie pomogło. Jego mit umarł. Jak wszystkie mity lat 80. Sami je zarżnęliśmy.

*

Nigdy za mej pamięci, pomijając stan wojenny, nie kreowano w życiu publicznym tyle kreatur co teraz. Winne są nie tylko ruchy tektoniczne, które otwierają szczeliny dla jaszczurek, ale też media, które potrzebują aktorów, by obsadzić rolę nędznika w swoich programach, gdzie nieustannie musi się odbywać coś w rodzaju rycerskiego turnieju.

A ci rycerze, Jezus Maria, o brzuchach i trzech podbródkach! Rycerze różnych opcji. Tak to, co u źródeł miało szlachetny cel zestawiania wielu racji, prowadzi do płodzenia demonów.

Najbardziej gorliwi zwolennicy i wrogowie PiS-u zaczynają przypominać grupy religijne, oparte na wierze i doskonale odporne na argumenty. Nie wykluczam, że należę do jednej z nich. Tym być może różnię się od wielu innych wyznawców, oni nie mają żadnych wątpliwości.

Mój największy gniew na PiS: za pobudzanie w Polsce myślenia zatęchłego. Już po kilku zdaniach noworocznego orędzia prezydenta gaszę telewizor, zaduch!

*

To chyba w kinie Polonia na jakimś filmie widziałem ostatnio Krzysia Wolickiego. Tyle było w nim błyskotliwego jadu, teraz nie ma go, jakby nigdy nie było. A kino Polonia kupiła Krystyna Janda i przerobiła na prywatny teatr. Bardzo mi się ten pomysł podoba. W czasach opozycyjnych propagowaliśmy hasło: "Zamiast palić komitety, zakładajcie własne". Teraz żywe powinno być hasło: zamiast bezradnie wściekać się na to, co jest, zmieniajcie stan rzeczy - zakładajcie nowe partie polityczne w miejsce sparszywiałych. I budujmy nowe sceny, nie tylko polityczne.

Po latach niewidzenia spotkanie nie tylko z Krysią, z jakże wieloma ludźmi - tyle rzeczy stało się w naszym życiu prywatnym i publicznym, a bez wahania zgadzamy się, kto palant, szaleniec, podlec. Tak, to jest ten znienawidzony salon, on nie ma kanapy ani foteli, jest w naszych głowach. Tym bardziej niedostępny dla paranoików. Iluż ludzi oszalało z poczucia, że ich tam nie wpuszczono. Nie wiedzą, że salonu nie ma.

Mam napisać kilka słów o "Szczęśliwych dniach" Samuela Becketta do programu spektaklu w Polonii. Zamiast spędzać święta z Biblią, spędzam je z Beckettem, który mówi: "każde słowo to niepotrzebna plama na milczeniu i nicości". Ale czy nie jest to "marność nad marnościami...". Wedle wskazań dramaturga Winnie, bohaterka sztuki, "tkwi zakopana po pas w samym środku kopca piasku". Ten kopiec jest symbolem ludzkiego unieruchomienia. Ale w inscenizacji Piotra Cieplaka kopca już nie ma, ona siedzi na fotelu, jakby unieruchomiona samą sobą. I to jest jasne, zrozumiałe dla widza. Piszę o tym, gdyż to ciekawy znak, jak wiele zmieniło się od czasu napisania sztuki przez Becketta w roku 1960. Tej zmiany dokonał czas, największy reżyser ludzkiego teatru.

Kiedyś trudno było pomyśleć, żeby w sztuce Becketta odważono się redukować inscenizacyjne pomysły autora, który sam zredukował wszystko do granic możliwości. Ale okazuje się, że jego minimalizm został już przyswojony przez naszą kulturę, a unieruchomienie bohaterki bez kopczyka piasku jest dla widza oczywiste. Jakby przez te lata słowa znowu straciły na znaczeniu, a Godot, na którego tylu się nie doczeka, jeszcze bardziej się uniewyraźnił.

Siedzę na jednej z prób i słucham, jak Krysia wciela się w rolę, nie zna jeszcze dobrze tekstu (ja nigdy bym się tego nie nauczył, więc i tak podziwiam). Jest więc poirytowana, gra irytacją, wtrąca co chwila słowa, czasami bardzo brzydkie. Myślę: taki spektakl, w którym widać szwy, gdzie życie przeplata się ze sztuką, bywa bardziej poruszający niż ten ostatecznie wygładzony. Nagle zwraca się do mnie i staję się częścią teatru, w sali bez okien, gdzie nie widać naszej sceny politycznej. I tak jednak jest o wiele lepiej.

"Szczęśliwe dni"
Smecz
Rzeczpospolita nr 11/13-14.01 - Plus Minus
15-01-2007

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
prawny
teatrów

WYPOSAŻENIE TEATRÓW
DOFINANSOWANO
ZE ŚRODKÓW

PREMIERY W 2020 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ

PATRONI MEDIALNI

Z OSTATNIEJ CHWILI !
X