kup bilety online

Komunikat prasowy

Recenzja

Ewa Hevelke, Nowa Siła Krytyczna

W atmosferze kiepsko sfastrygowanej obłudy teatralnej i fabularnej toczy się dramat trzech sióstr - o "Trzech siostrach" Nataszy Parry, Krystyny Jandy i Krystyny Zachwatowicz w Teatrze Polonia.

Idzie człowiek do teatru. Idzie człowiek do teatru na Czechowa. Idzie człowiek do teatru na Czechowa, a i jedno i drugie pod szyldem Krystyny Jandy. Myśli sobie - "mocne uderzenie". Otwarcie dużej sceny artystka uczci w wielkim stylu. Przecież tyle wszystkim opowiadała o trudnościach przy tej budowie. W końcu ją ma. Miejsce, gdzie może realizować swoje marzenia. Wystawiać to, co się jej podoba i z kim się jej podoba. I dobrała współpracowników. Krystyna Zachwatowicz - scenograf, Natasha Parry - niby-reżyser. Artystki o ugruntowanej pozycji od ponad 40 lat. Miało powstać dzieło. Faktycznie, trochę się działo.

U Czechowa wszystko jest na niby. Niby harmonia, a wszystko się rozpada. Niby dorosła, a ciągle jeszcze okropne dziecko. Niby żona, a kocha innego. Niby wierna żona, a romansuje z Protopopowem. Niby doktor, a nie pamięta zasad sztuki lekarskiej. Niby wojskowy, a strzelać nie umie. Niby Moskwa na horyzoncie, a wszyscy lądują w Królestwie Polskim, albo w jakiejś innej dziurze zabitej dechami.

A na scenie cisza, spokój. Brzozy szumią na fototapecie, krzesła złączone pokrowcem udają otomanę. Samowar bardzo chce wyglądać jak drogocenny prezent zdolny do zaparzenia herbaty. Wysmakowana, pusta zastawa udaje porcelanę. A przesuwna brązowa dykto-ściana ze szklanymi drzwiami, ustawiana w każdym akcie w inną stronę, stara się sprawiać wrażenie, że coś się jednak za nią znajduje. Są jeszcze zabawki - znak dzieci w domu. Wszędzie leżą porozrzucane misie, pieski i lalki, o które potykają się aktorzy. Bardzo wymownie, na środku sceny, zawsze w tym samym miejscu, stoi drewniana ciuchcia - znak, że już wyjeżdżamy.

I w tej atmosferze kiepsko sfastrygowanej obłudy teatralnej i fabularnej toczy się dramat trzech sióstr.

Szkoda, że w świadomości artystów utrwalił się jeden schemat wystawiania dramatów Czechowa. Jeśli Irina (Hanna Konarowska) to musi kręcić się chybotliwie (niby-wirować) po scenie w takt urojonego walca. Coś tam nuci pod nosem. Na przemian płacze albo śmieje się zalotnie, a tak naprawdę głupkowato. Gdzie to jest w dramacie napisane? Dlaczego tej ponad 20-letniej dziewczynie do samego końca każe się być podlotkiem w złym stylu? Tylko dlatego, że jest najmłodsza? Albo Olga (Joanna Kasperek-Artman). Dlaczego ona musi być jedynie kostyczną, 28-letnią, starą panną z przyklejoną do twarzy surowością i zdeterminowaniem (wyjść za mąż wszystko jedno za kogo)? Tylko dlatego, że pracuje w szkole i nienawidzi swojej pracy? Masza (Maria Seweryn) jak Masza - sfatygowany, czarny kapelutek na głowie i robimy heroinę, tragiczną kobietę uwikłaną w konwenans XIX-wiecznego małżeństwa z rozsądku. W domu nauczyciel (amo, amas, amat, amamus, amatis, amant). A za progiem wojskowi. Mundury, epolety, wąs pod nosem (albo i nie), gitara w ręku, śpiew na ustach. Oczy błyszczące, żona wariatka i dwie córeczki. Alea iacta est.

I ci mężczyźni. Mniej lub bardziej beznadziejnie zakochani, każdy jak potrafi. Nieśmiało, poddańczo, tuzinkowo, bezgranicznie. Albo niedźwiedziowato, niezgrabnie, grubiańsko, ale czysto, jasno, szczerze.

Zestawieni schematycznie, na zasadzie przeciwieństwa. Trojga nazwisk - Tuzenbach (Rafał Mohr) - wrażliwy przecinek w okularkach i monumentalny, twardy jak skała Solony (Jakub Wieczorek). To musiało się skończyć pojedynkiem.

No i amant Wierszynin (Andrzej Deskur), co to niejednej pannie w głowie zawrócił. Sam nie mogąc sobie sensownie z życiem poradzić, miesza w cudzym stadle rodzinnym. To musiało się skończyć ucieczką.

Doktor Czebutykin (Aleksander Bednarz), z miłością ojcowską do nie swoich (błąd i ironia losu) córek. Człowiek, który nie pamięta. Nawet tego, czy ktoś go kiedyś kochał, czy Kogoś wyleczył. Pamięta tylko, że stara kobieta przed tygodniem zmarła. Jego pacjentka. To się musiało skończyć alkoholizmem.

Jedynie Kułygin (Michał Breitenwald) wie, na czym mu zależy - na wmawianiu sobie, że kocha swoją żonę.

Przede wszystkim zaś, to czupiradło drobnomieszczańskie, toute proportion gardée, Natasza (Agata Buzek). Matka Rosjanka, pożal się Boże, z kochasiem w saniach przed domem, do którego się wybiega w lila szlafroku przykrytym amarantowym płaszczem. Niech facet (l'homme) widzi szyk kobiety przepasanej zieloną wstążką, wszystko jedno czy pasuje do stroju, czy nie. Przyjdzie czas, pokaże i nogi w czarnych obciskających getrach (skąd ten pomysł inscenizatorski?!). To znaczy, tyle zobaczy widz. A co będzie oglądał Protopopow, skrywa niby-ściana, zza której dobiega tylko śmiech. Schowała sobie męża pod pantoflem i trzyma zamkniętego. Rozporządza jego majątkiem. Dba o interesy, bo wszyscy są zajęci jakimiś egzystencjalnymi bredniami. A ktoś musi dopilnować, żeby służba nie kradła, Anfisa (Maria Kiejdysz) się nie wałkoniła, synuś Bobik miał ciepło w pokoju Iriny.

A mąż Andrzej (Piotr Kozłowski), taki Dulski, co się odezwie tylko raz w większym monologu, a i tak będzie bronił swojej, czasem gruboskórnej, żony? Ten, to się zna wyłącznie na skrzypcach i uniwersytetach hen, gdzieś w stolicy. Trzeba go zrobić członkiem - chociażby tego zarządu ziemstwa, bo sam, z tego niespełnienia, to tylko ruble w karty przegrywać potrafi.

No i tak toczy się życie. W mieście, dzielnica poszła z dymem - będzie sposobność do wykazania się miłosierdziem. Szkoda tylko tych fotografii, które się spaliły w domu Fiedotkina (Michał Sieczkowski). Nie będzie żadnej pamiątki, po podwieczorkach w ogrodzie, które przy ściemnieniach i zmianie dekoracji widz ma szansę oglądać na rozwieszonej białej mikro-kurtynie. Fiedotkin wyjeżdża z całym regimentem i nie będzie komu robić nowych.

W ten sposób zostają trzy kobiety, wykształcone muzycznie (Masza gra na fortepianie) i lingwistycznie (wszystkie znają trzy, a nawet cztery języki) na pastwie prowincji. Wtopią się w nią i zmarnieją, tęskniąc za wielkim światem. Bo Bóg nie był tak łaskawy dla nich, jak dla Fieraponta (Wojciech Alaborski). Stary, głuchy woźny tylko czasem co nieco dosłyszał o Moskwie. Generalskie córki spędziły tam dzieciństwo. Bóg im coś pokazał, a potem zabrał. Ale to bardzo w jego stylu.

Można było zrobić niezłą tragedię. A wyszedł z tego koncert na pohukiwanie mężczyzn (brawo albo wyrazy współczucia dla nadwyrężonych strun głosowych Wieczorka); machanie rękami, jakby to było najważniejsze w rozważaniach nad marnością kondycji swojej i człowieka żyjącego za 200 lat - nad czym tak się wytęża Deskur. Ale nie ma tego złego - dzięki temu, było słychać rozpacz Czebutykina w głosie Bednarza. I wszystkie podteksty w prośbie Tuzenbacha - "Powiedz mi coś... cokolwiek".

Dołączyły jeszcze partie kobiece. Udawane niewprawnie chlipy rozpaczy ćwiczone na tysiączne sposoby przez Konarowską (czy trzeba czy nie), w których sekundowała jej dzielnie Kasperek-Artman. Na szczęście na wstrzymanie dała sobie Seweryn. Za to głównie zajęła się podkreślaniem akcentów w zdaniach BArdzo DokłAdnie je wypowiadAjąc. Wyszła z tego aria trzech histeryczek, które nie panują nad swoimi emocjami i nie mogą wspólnie podjąć decyzji, czy się śmiać czy płakać. Kiedyś Czechow nazwał swój dramat tragikomedią - też się nie mógł zdecydować. Na takim tle najbardziej normalnie wypada Buzek, która swoje kwestie po prostu wypowiada. Bo dla niej świat jest jasny i klarowny. Wie, co ma powiedzieć - Olga rządzi w gimnazjum, ona rządzi w domu. Więc Anfisa won!!! I to ona zada ostatnie pytanie w spektaklu - KTO TU ZOSTAWIŁ TEN WIDELEC???

No i Krystyna Janda razem ze współtwórcami rozłożyła nam "Trzy siostry". Okrasiła to jeszcze fragmentami pieśni poetów rosyjskich w przekładzie Ernesta Brylla. I dobrnęliśmy do oklasków - rytmicznych, bo aktorzy kłaniali się w takt marsza, którego motywy przewijały się na zmianę z dźwiękiem dzwonów cerkiewnych.

Szkoda. Czechow nie lubił inscenizacji swoich dramatów. Teraz pewnie też się w grobie przewraca. Ale myślę sobie, że "trochę ruchu nigdy człowiekowi nie zaszkodzi" i niech temu służy ten spektakl.

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2020 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni