Recenzje

kup bilety online

Efektowna porażka Jandy

"Szczęśliwe dni" w warszawskim Teatrze Polonia to upadek z wysokiego konia. Szlachetna porażka, która każe patrzeć na autorów spektaklu z szacunkiem. 

Reżyser Piotr Cieplak, Krystyna Janda i Jerzy Trela postanowili przezwyciężyć Becketta - pomyślałem, oglądając pierwszą część "Szczęśliwych dni". Wyrwać go z jego naturalnego środowiska, z nieokreśloności, która scenę zamienia w świat, jasno skonkretyzować, przenieść w realistyczny wymiar. 

Zniknął gdzieś kopiec usypany z ziemi spalonej słońcem, "kiczowaty horyzont". Partytura scenicznych działań została zapisana w didaskaliach przez samego Becketta, ale autorzy przedstawienia odchodzą od niej bardzo daleko. Winnie i Willie znaleźli się w miejscu otoczonym szarymi wysokimi ścianami. Dom, ogród przed domem? Trudno powiedzieć. Na pewno jednak z oryginalnymi założeniami dramatu scenografia Andrzeja Witkowskiego niewiele ma wspólnego. 

Winnie wcale nie jest zasypana po pas w ziemi. Ona po prostu siedzi unieruchomiona na fotelu, na nogi zarzuciwszy koc. W drugim akcie, gdy bohaterce zostają tylko głowa, usta, oczy, ów koc podjedzie pod szyję. Na razie jednak Winnie Jandy zaczyna kolejny dzień. Mówi, jak gdyby znalazła się w zupełnie innej sztuce. Słowa płyną łatwo, o wiele za łatwo. Gesty są zbyt oczywiste. 

Janda oczywiście właściwie rozkłada akcenty, czyniąc opowieść zgodną z brzmieniem oryginału. Ale tylko na poziomie werbalnym. Bo już działania sceniczne nie są dla mnie tak przejrzyste. Dlaczego Janda siedzi na krześle, a nie w kopcu? Dlaczego Jerzy Trela jako Willie chodzi w fikuśnym szlafroku jak Felicjan Dulski? Można grać "Szczęśliwe dni", sprzeniewierzając się autorskim rozwiązaniom. Przedstawienie Piotra Cieplaka jest tego dowodem i niewątpliwie ważną próbą. Ważną dlatego, że ktoś na, a tytułu nie należy traktować ironicznie. 

Wydaje się jednak, że Cieplak i aktorzy postanowili na siłę oswoić Becketta. Założyli sobie, że odbiorą mu grozę, ironię i cały absurd opisywanego świata. 

I taka po części jest też Winnie Jandy, trochę śmieszna, trochę zwariowana. Zakochana w aktorce publiczność jest zachwycona, ale Janda ma prawdziwy kłopot. Według mnie w tym przedstawieniu aktorka winna być przezroczysta, ukryta za rolą, niemal nie do rozpoznania. Taka była w genalnym monodramie "Ucho, gardło, nóż" pozostającym do dziś najwybitniejszym osiągnięciem Polonii. 

Tymczasem Winnie to znowu Janda, ta sama, co w "Shirley Vaientine". Jest więc tak, jakby to były role podobnego kalibru. Widzowie patrzą na aktorkę i mimo uszu puszczają słowa Becketta. Oglądają przedstawienie jak realistyczną sztukę obyczajową. To zdecydowanie za mało. 

Starość w spektaklu wyblakła, aktorzy tylko chwilami, bywają przejmujący. Koniec końców liczy się tylko jedno. Próba przedstawienia światu innego Samuela Becketta kończy się fiaskiem. Można więc tęsknić za Winnie Mai Komorowskiej czy Giulii Lazzarini z przedstawienia Picollo Teatro Di Milano, które w listopadzie gościło w Krakowie. Tam Beckett był sobą. Był gorzki, śmieszny i absurdalny. Tutaj na kanwie arcydzieła stworzono scenariusz sztuczki obyczajowej. Owszem, wyreżyserowane to i zagrane. Pytanie tylko po co? Po co igrać ze starym Beckettem?

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
prawny
teatrów

WYPOSAŻENIE TEATRÓW
DOFINANSOWANO
ZE ŚRODKÓW

PREMIERY W 2020 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ

PATRONI MEDIALNI

Z OSTATNIEJ CHWILI !
X