kup bilety online

Komunikat prasowy

Matki i synowie, czyli lekcja tolerancji i aktorskie fajerwerki w Teatrze Polonia

 Gdyby nie to, że w czasie spektaklu padają nazwy amerykańskich miast, a bohaterowie mają obco brzmiące imiona, moglibyśmy pomyśleć, że wcale nie jesteśmy w teatrze, a przypadkiem podglądamy sąsiadów. To nawet nie jest znak, że Terrence McNally napisał sztukę uniwersalną (choć to przecież oczywiste), ale przede wszystkim, że Krystyna Janda, reżyserując i grając w przedstawieniu, dokonała zadziwiającej rzeczy: mamy tu bowiem do czynienia z zatarciem granicy między sceną a życiem. Widz nie ma poczucia, że ktoś gra przed nim pewną historię, on uczestniczy w życiu prawdziwych ludzi. Zagrać tak, żeby nikt nie czuł, iż to „tylko teatr”, to ogromna sztuka. Od Krystyny Jandy wymaga dodatkowo wyjątkowego skupienia, aktorka musi wręcz zrezygnować z wielu tak typowych dla siebie warsztatowych rozwiązań. Oszczędność zastosowanych środków bardzo się opłaca. Nie tylko wytrąca przeciwnikom gry aktorki argument o „pewnej nadekspresyjności” (udowadniając jednocześnie, że Janda pozbawiona tego oręża staje się nawet silniejsza!), ale sprawia, że pewne zdarzenia, wątki, stają się wyrazistsze niż kiedykolwiek. W tej otoczce znakomicie odnajdują się też partnerujący gwieździe aktorzy. Całość robi  wielkie wrażenie!

 

Na krawędzi

            „Matki i synowie” to zaskakująco celny głos w dyskusji na temat problemów związków homoseksualnych. Terrence McNally i tak opowiada historię małżeństwa amerykańskiego, a więc już na wstępie obarczonego mniejszą ilością kłopotów niż w wielu krajach europejskich, w tym w Polsce (gdzie zawieranie małżeństw przez pary homoseksualne nie jest prawnie dozwolone). Problemy rodzin osób homoseksualnych są jednak podobne na wszystkich szerokościach geograficznych. Emocje rodziców, nie potrafiących pogodzić się z tym, że ich dziecko jest lesbijką czy gejem, są zapewne takie same (wiadomo, albo będzie to miłość i akceptacja, albo bolesny brak zrozumienia). W naszym kraju dyskusja o preferencjach seksualnych wciąż wywołuje nie wiedzieć czemu dyskusje, w których koronnymi argumentami są kwestie wiary i tego, że wszyscy mają być tacy, jacy my jesteśmy. Choć wiele się w tym względzie zmienia, wciąż uznawani jesteśmy za naród nietolerancyjny, we wszystkim, tak po prostu.

 

Wyrzuć swój gniew…

            W „Matkach i synach” Katharine Gerard (Krystyna Janda) odwiedza wiele lat po śmierci syna jego byłego partnera, Michaela. Straciła swojego Andre wiele lat temu i to dwukrotnie, po raz pierwszy, gdy zerwała z nim kontakt na wieść o tym, że jest gejem, a po raz drugi, gdy zmarł na AIDS. Tym razem już nieodwołalnie. Minęło kilka lat, a ona wciąż nie może się pogodzić, jednak nie z faktem, iż bezpowrotnie utraciła możliwość uczestnictwa w życiu swojego dziecka, ale z tym, że syn w ogóle był gejem. Bo przecież to nie jej wina. To Nowy Jork, źli znajomi, sprawili, że jej wychuchane dziecko zeszło na „złą drogę”. Nieszczęśliwa matka nie jest w stanie zaakceptować orientacji seksualnej syna nawet wiele lat po jego śmierci (a - umówmy się - śmierć dziecka jest w zasadzie dla każdego rodzica jednak największym z dramatów, tutaj, przez zacietrzewienie Matki ma znaczenie drugoplanowe, przynajmniej na pewnym poziomie). Przyjeżdża, żeby wyśmiać całe towarzystwo, oskarżyć o odebranie jej czegoś cennego, powiedzieć, kto tu jest największą ofiarą – ona sama!

 

Matka wie lepiej

            Brak akceptacji, który wylewa się z Matki w każdym momencie, jest zrozumiały. Ostatecznie każdy rodzic ma względem swego dziecka pewne plany (cóż z tego, że zazwyczaj dzieci mają własne, często odmienne), dramat zaczyna się wówczas, gdy nie jest w stanie zaakceptować tego, że ukochany syn lub córka mogą pragnąć czegoś innego. To nawet nie jest kwestia tego, by rodzice ochoczo sekundowali dzieciom w ich poczynaniach, ale aby pozwolili im iść własną drogą. Nie zawsze to, co jest dobre dla nas samych, jest tym, co przyniesie szczęście innym. Trzeba to jednak zrozumieć.

            Katharine Gerard nie zamierza rozumieć, a jedynie uzmysłowić Michaelowi (w tej roli fantastyczny Paweł Ciołkosz), że jest przyczyną jej bólu. Kiedy pojawia się w pięknym apartamencie z obłędnym widokiem, jest w spokojna, wręcz stonowana, choć czujemy, że gotuje się pod skórą. Będzie starała się jednak zachować klasę. Ma żal do wszystkich za to, iż jej własne życie nie ułożyło się szczęśliwie.

            Niestety dla Katharine, nie wszystko idzie tak, jak by sobie tego życzyła. Nie ma się do czego przyczepić. Mieszkanie jest eleganckie, czyściutkie, trudno więc stwierdzić, że to atmosfera tego chlewu tak wpłynęła na jej dziecko… No nic, trzeba więc zacząć rozmawiać. Tylko jak? Zwłaszcza, jeśli się nie chce słuchać, bo i tak wszystko wie się z góry?

            Ale rozmowa się rozpoczyna i jej kierunek daje Katharine punkt zaczepienia! Oto bowiem ten rozwiązły typ związał się już z kimś innym. Tłumaczenia, ze stało się to dopiero po siedmiu latach, nie mają znaczenia. Ci geje nie mają zupełnie wstydu - zdaje się myśleć kobieta. Informacja, że Michael ma nie tylko partnera, Willa Ogdena (granego przez Antoniego Pawlickiego), ale też wspólnie wychowują syna (Jak to, geje mają dziecko? Ktoś im je po prostu dał? Ukradli? Porwali?), ogłusza ją na chwilę. Po pierwszym szoku przypuszcza jednak atak, upatrując w upadku obyczajów i nadgniłej moralności mężczyzn przyczyn śmierci jej syna.

            Tymczasem okaże się, że związek Mike`a i Willa uświęcony jest węzłem małżeńskim, a dziecko jest przez nich adoptowane. Co za czasy? Nawet Katharine nie może zaprzeczyć, że formalnie panowie mogą sobie tak żyć. Ale to przecież nie jest normalne! Wszystko jest do góry nogami! Kto zatem jest winny śmierci jej wspaniałego dziecka? To, że był aktorem, że ten cały Mike wmanewrował go w to towarzystwo, sprawiło, że został gejem, bo przecież kiedy wyjeżdżał z domu na studia, był jeszcze normalny. Normalny, słyszycie?

            Jeśli ktoś walczy z prawdą, od prawdy zginie. Matka dowiaduje się więc, że to Andre zdradzał Mike`a z przygodnie poznawanymi mężczyznami, to on zaraził się śmiertelną chorobą, która rozwinęła się w AIDS. To jej własny syn naraził na ryzyko zachorowania także Mike`a, którego tak podobno kochał.

            Która matka byłaby w stanie znieść te wszystkie rewelacje? A jest tego więcej i sytuacja będzie się rozwijać. Katharine pozna męża Mike`a, ich syna. To spotkanie zmusi ją do wielu przemyśleń. Wiadomo, że nie wszystkie pytania doczekają się odpowiedzi, a parę chwil spędzonych z ludźmi, którzy nawet radząc sobie z traumą (bo przecież to Mike stracił partnera, to on był przy nim w najgorszych momentach choroby), nie są w stanie zmienić kobiety tak do końca. A jednak – czemuś to służy.

 

Dlaczego spektakl podoba się wszystkim bez wyjątku

(chyba że na widowni pojawi się wojujący reprezentant jednej z frakcji politycznych, którego płomienne oburzenie wywoła co najwyżej uśmiech politowania)? Sprawa jest niezwykle prosta. Spektakl, co jest paradoksem, biorąc pod uwagę tematykę, nie epatuje homoseksualizmem, to, że Mike i Will są małżeństwem, nie szokuje, nie ma tu golizny, scen łóżkowych, tanich chwytów. Słowem – nikt tu nie gra geja! Są dwaj mężczyźni, których związek jest taki sam, jak każdy inny. Ameryka jest już wtedy po latach osiemdziesiątych, kiedy gejów traktowano niemal jak trędowatych. Ludzie żyją tak, jak chcą, nie będąc piętnowanymi za coś takiego, jak orientacja seksualna.

            I tylko matka zmarłego Andre domaga się „sprawiedliwości”.  Jeśli nie można dla niej cofnąć czasu (syn nie żyje, mąż odszedł), to chociaż niech się przyznają ci, którzy „zawinili”, niech zrekompensują jej cierpienie, niech im też będzie źle. Ludzkie dramaty, które widzimy w spektaklu, są niczym innym, jak odzwierciedleniem tego, co widzowie dostrzegają wokół siebie w polskiej rzeczywistości. Tutaj również, jak wszędzie, czasem matki mają problem z zaakceptowaniem tego, że ich dzieci nie będą tym, kim one same by chciały. Smutne, ale prawdziwe. I tym wygrywa zespół Teatru Polonia. Nic tu nie jest grane fałszywie, ani pod publiczkę. Nikt nie wpadł na pomysł, by szokować, bo to nabije kasę, bo na to się przyjdzie do teatru niezależnie od wszystkiego (efekt spektaklu „Śmierć i dziewczyna”…). Wybrano drogę o wiele trudniejszą, ale tak właśnie rodzi się sztuka.

            Zamiast przysłowiowej farsy, w której zmanierowany gej będzie śmieszył już samą swoją obecnością, a rozedrgana matka będzie krzyczała i histeryzowała, otrzymujemy wnikliwe studium charakterów. Uniwersalne, przejmujące i zmuszające do refleksji. Po spektaklu owację na stojąco zgotowali artystom wszyscy – starsze panie, eleganccy panowie w garniturach i młodzież. Wiek, płeć, podejrzewam, że wyznanie i orientacja seksualna widzów również, nie miały tu nic do rzeczy. Bo nie o skandal obyczajowy w przedstawieniu chodzi, a o mądry głos w dyskusji, która dotyczy  niemałej części społeczeństw całego świata.

            Sam temat homoseksualizmu w teatrze nie wywołuje już wstrząsu. Niemal każda scena podejmuje ten wątek, z różnym jednak efektem, najczęściej karykaturalnym. Teatr Polonia „Matkami i synami” sytuuje się tu więc na najwyższej półce obok spektakli Krzysztofa Warlikowskiego (kto widział „Anioły w Ameryce”, ten rozumie) czy Natalie Ringler („Bent” w Teatrze Dramatycznym).

           

Krystyna Janda i jej nieograniczone umiejętności

            Widziałem Krystynę Jandę w niezliczonych rolach filmowych, a i kilku teatralnych. Tym razem urzekła mnie całkowitą zmianą wizerunku. Nie chodzi oczywiście o kostium, a o świadome ograniczenie środków wyrazu. Aktorka tworzy Matkę delikatnie, wbrew wszelkim przypuszczeniom widza. Nie może znieść tego, że dawny kochanek jej syna jest szczęśliwy, ma męża i dziecko. Gej! Ma lepiej od niej, która wszystko straciła, a jest przecież normalna! Powie mu to, a jakże, ale gdy żachnie się na Mike`a, będzie to dyskretne i stonowane. Wiele razy będzie na granicy wybuchu, choć widz raczej to wyczuje niż zobaczy. Tłamsząc w sobie narastające latami rozgoryczenie własnym życiem, kobieta będzie raniła innych, tak słowem, jak i zachowaniem. Wie o tym, ale nie zamierza się zmienić.

            Pokochają Jandę wszystkie matki gejów, które zobaczą ją w tym spektaklu. Dlaczego? Bo zobaczą na scenie siebie. Jest taki moment, gdy zmęczona kobieta pyta mężczyzn, u których gości, czy jest tu toaleta dla kobiet. Widownia pęka ze śmiechu (choć to taki śmiech przez łzy, a zarazem dowód uznania dla talentu aktorki), bo jej zachowanie jest takie typowe. Ona się przecież brzydzi. Gdy wróci z łazienki, czystej i pięknej, jak wszystko w apartamencie, nie byłaby sobą, gdyby dodatkowo nie wytarła rąk dezynfekującymi chusteczkami, które przezornie trzymała w torebce.

            Relacje kobiety z byłym partnerem syna i jego rodziną przechodzą różne fazy. W każdej z nich Krystyna Janda buduje swoją postać na opozycji swojej dyskretnej gry w stosunku do tego, do czego przyzwyczaili się widzowie. Jej subtelność, maestria gestów, wymowne wykorzystanie torebki i rękawiczek, spojrzeń, przyprawiają o dreszcze.

            Sukces jest zapewne efektem mądrego podejścia do problemu. Dzięki takim, a nie innym środkom wyrazu, widzowie przestają patrzeć na spektakl w kategoriach szokowania homoseksualizmem, a dostrzegają w nim prawdziwe życie, kobietę zżeraną emocjami, niezdrową zazdrością, nienawiścią, nieumiejętnością pogodzenia się z samą sobą. Nie po raz pierwszy okazuje się, że aktorka potrafi grać ciszą lepiej, niż ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić.

 

Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki, czyli o dobrym partnerowaniu wielkiej artystce

            Przeczytałem gdzieś, że to dzięki stonowanej grze Krystyny Jandy możliwe jest dostrzeżenie pozostałych aktorów na scenie. Nic bardziej mylnego! Tutaj aktorzy tworzą po prostu zespół. Rozumieją się znakomicie, przegadali sztukę, wiedzą co robić. Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki są partnerami gwiazdy, nie zaś statystami.

            W tym męskim duecie moim faworytem jest Paweł Ciołkosz. Widziałem go kiedyś w innym spektaklu w Teatrze Współczesnym. Bardzo się od tego czasu rozwinął. Jego Mike jest przede wszystkim dobrym człowiekiem, co w dużej mierze rzutuje na odbiór sztuki. Wrażliwość Mike`a idzie w parze z życiową mądrością. On przepracowuje swoją traumę (która przecież gdzieś w nim dalej siedzi) zupełnie inaczej niż Katharine. Powie jej o tym, jednak kto inny uzmysłowi kobiecie, że jest śmieszna w rozpamiętywaniu własnego nieszczęścia. Will, ten bardziej nowoczesny, bardziej luzacki, wyjaśni: „On (Michael) stracił więcej niż pani syna. Stracił całe pokolenie (…)”. Wszystko to sprawi, że Matka spróbuje spojrzeć na świat, w którym się zamknęła z innej perspektywy. Grający Willa Antoni Pawlicki jest przeciwwagą dla spokojniejszego partnera. Nie porusza mnie może tak jak Ciołkosz, ale jego gra jest po prostu bardzo dobra. Taki Will jest po prostu wszystkim potrzebny.

            Aktorzy, młodzi przecież jeszcze, stworzyli zaskakująco dobry duet. Tak od siebie różni, a znaleźli sceniczny język, który sprawia, że rozumiemy dokładnie, po co są występują.

            Dodam tylko, że grający tego dnia postać dziecka Adam Tomaszewski jest rozkosznie barwnym promyczkiem. .Kiedy ojcowie rozmawiają z nim, przekazują zarazem nam wszystkim sporo rzetelnej prawdy o świecie. Brawo!

 

Widownia zawsze wie najlepiej

            Gdyby spektakl nie był świetny, bilety na „Matki i synów” nie wyprzedawałyby się, tak jak teraz. Wszyscy już wiedzą, że nikt gołym tyłkiem nie świeci, a jednak ludzie garną się do teatru. Wiecie dlaczego? Żeby wziąć udział w tej potrzebnej nam wszystkim lekcji tolerancji.

            Świata ten spektakl pewnie nie zmieni, ale wielu kobietom pozwoli pewnie zrozumieć ich własne błędy. To, że nie podano tu gotowych recept na to, jak żyć, a jedynie uwrażliwiono, by nie patrzeć na dzieci tylko przez pryzmat własnego rozgoryczenia, jest największą zaletą. Każdy sam powinien wyciągnąć wniosek, że w społeczeństwie jest miejsce dla wszystkich, a akceptacja różnorodności nie sprawia, że sami automatycznie stajemy się reprezentantami innej nacji. W pudełku kredek są bardzo różne kolory, nie jest tak, że wśród nich znajdują się lepsze i gorsze.

            I jeszcze jedno – wszystko, co najmądrzejsze, płynie do nas w „Matce i synach” między słowami. Cisza tutaj nie zabija, a uczy i wzrusza. Kiedy Katharine zdecyduje się zjeść ciasteczko i popić je mlekiem, jeszcze nie wiadomo, jak potoczy się jej życie (mistrzowsko scenę tę potęguje gra świateł – to zasługa Katarzyny Łuszczyk). Ona zaledwie zaczyna rozumieć, ale co zrobi, nie wiemy. Tę historię musicie opowiedzieć sobie sami.

 

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni