kup bilety online

Komunikat prasowy

„Metoda” Jordiego Galcerána w reż. Piotra Łazarkiewicza w Teatrze Polonia

Marzena Dobosz, teatruglodna.blogspot.com

Jak to dobrze, że Polonia i Och-Teatr grają przez całe lato! Można skryć się w teatrze przed letnią burzą, a po spektaklu pójść na spacer w świetle neonów… Wczoraj byliśmy w Polonii na Metodzie Jordiego Galcerána. Lubię to przedstawienie. Spektakl ma się dobrze, choć niektórzy krytycy wróżyli mu rychłe zapomnienie…

Pierwszy raz widzieliśmy Metodę jeszcze w Teatrze Komedia (wtedy z Łukaszem Simlatem w roli Enrica Fonta i Tomaszem Karolakiem w roli Carlesa Bueno). Po kilku latach przedstawienie zagościło na deskach Teatru Polonia. Ze starej obsady została Maria Seweryn (jako Mercé Degas) oraz Rafał Mohr (w roli Ferrana Augé), nowi są Karol Wróblewski (jako Enric Font) i Wojciech Chorąży (jako Carles Bueno).

Fabuła przedstawienia jest prosta: oto duży koncern (z siedzibą w Szwecji!) przeprowadza rekrutację na stanowisko dyrektora handlowego oddziału w Hiszpanii. Rekrutacja odbywa się nową metodą (tzw. metodą Grönholma) opracowaną przez szwedzkiego psychologa pracującego dla firmy. Wybrani kandydaci, wyselekcjonowani w toku kilku wcześniejszych rozmów, zostają zaproszeni na kolejne spotkanie, podczas którego mają zostać poddani serii testów… Nic nowego, nic przyjemnego. O umówionej godzinie zjawia się czwórka ludzi, która przez ponad dwie godziny będzie rozgrywać między sobą brutalną walkę… Kandydaci zostają wciągnięci w nieludzkie rozgrywki, w których pod pozorem sprawdzania umiejętności interpersonalnych, potrzebnych na stanowisku dyrektora, będzie się sprawdzać ich człowieczeństwo… Metoda bowiem opiera się na manipulacji, szantażu emocjonalnym, zastraszaniu. Nie zdradzę szczegółów, popsułabym zabawę tym, którzy jeszcze nie widzieli sztuki, powiem tylko, że wszyscy bohaterowie, zamknięci w małym pomieszczeniu bez okien, starają się jak najlepiej odegrać swoje role. Kandydaci, podstępem wciągnięci do gry, robią wszystko, żeby osiągnąć cel, wygrać (odrobinę przypomina to sytuację z jednoaktówki Na pełnym morzu Mrożka, i podobnie jak tam, tu też w pojawia się absurd i groteska).

I mimo że walka nie toczy się jak u Mrożka o życie, więc cała sytuacja nie jest tak dramatyczna, kandydaci mogą przecież w każdej chwili wyjść, jeśli któryś z testów im się nie spodoba, to gra staje się tak pasjonująca (niemal kryminalna), że nikt nie ma ochoty albo odwagi jej przerwać. A kiedy już wydaje nam się, że rozgryźliśmy metodę, okazuje się, że jest jeszcze drugie i trzecie dno. Na koniec zastanawiamy się, kto właściwie przegrał i kogo nam żal. I dlaczego…

Katarzyna Sobańska zamknęła przestrzeń sceny, wyłożyła ściany kwadratowymi „kaflami” z papieru (takimi do przechowywania jajek), tak że pomieszczenie sprawia wrażenie pułapki bez okien, drzwi i klamek… Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie będzie czuł się w takim pokoju naturalnie… Bohaterowie Metody poniekąd uwięzieni w tej ciasnej przestrzeni (czy w tym pokoju, czy we własnych głowach?) miotają się rozpaczliwie. Widzimy jak ze sceny na scenę odkrywają swoje kolejne oblicza… Dobrze pokazała to cała czwórka aktorów. I znowu nie mogę o nich opowiedzieć, żeby nie zepsuć zagadki. Powiem tylko, że aktorzy grają osoby, które starają się z lepszym lub gorszym skutkiem ukryć swoje prawdziwe oblicza. Jest więc i teatr w teatrze! Bardzo udanie im to wychodzi, miejscami tak naturalnie, że wydaje się, że śmieją się naprawdę, że wychodzą z ról. Dopiero po kolejnym przedstawieniu widz może zobaczyć, że tak jest za każdym razem. Nie aktorzy wychodzą więc z ról, ale bohaterowie, którzy muszą odgrywać kogoś, kim nie są. Tylko za pierwszym razem może wydawać się to skomplikowane, z każdym kolejnym przedstawieniem obserwowanie tych zmagań sprawia coraz większą przyjemność.

Wojciech Chorąży (pamiętny diaboliczny kelner z Malambo Słobodzianka w reż. Ondreja Spišáka) wciela się w postać najmniej wyrazistą, którą do niedawna grał Tomasz Karolak. Chorąży nie jest podobny do Karolaka. Karolak ma łatwość rozśmieszania publiczności, łatwiej też się nim zachwycać, bo jest znany i lubiany… Chorąży nie zajmuje sobą całej sceny, gra oszczędniej, ale znakomicie bawi się postacią. W zabawny sposób wysuwa dolną szczękę, mruży oczy i czaruje uśmiechem. Udana to zamiana.

Niełatwe zadanie ma też Karol Wróblewski, któremu przypadła rola największego fajtłapy, jak się zdaje (?). W Naszej klasie Słobodzianka w reż. Spišáka można zobaczyć Wróblewskiego w roli niezłego bydlaka, a tu chłopię w za dużym garniturze, brązowych butach do czarnego ubrania, z problemami osobistymi… Czy on nas nabiera? I kim jest właściwie? Bardzo mi się podoba jego sposób mówienia, to przeciąganie samogłosek, charakterystyczne odchylanie głowy i dyskretny uśmiech…

A duet Maria Seweryn i Rafał Mohr to gejzer! Widać, że aktorzy dobrze się czują na scenie, że się świetnie znają i razem potrafią stworzyć wybuchową mieszankę. Kto kogo pokona? Kto kogo zmusi do płaczu i kto na koniec będzie czuł się głupio? Bardzo lubię oboje. Mohr w roli Ferrana Augé potrafi być na scenie oślizłym typem, by zaraz wzruszyć chłopięcą nieporadnością (czarujący jest też w innej sztuce granej w Poloni: Darkroom w reż. Przemysława Wojcieszka)… Maria Seweryn biega na szpilkach, jakby się w nich urodziła! Gra silną niezależną kobietę, która wie, czego chce. Zawłaszcza przestrzeń sceny, rozkładając wszędzie swoje rzeczy, torebkę, marynarkę, papierosy… By za chwilę rozbroić widownię jakimś grymasem, niedowierzającym spojrzeniem, nerwowym szukaniem zapalniczki czy kręceniem głową ze zdziwieniem… W roli Mercé Degas jest zachwycająca!

Nie jestem teatrolożką, nie mam odpowiednich narzędzi, by jak sobie wyobrażam, profesjonalnie opisywać grę aktorów, piszę, jak czuję. Zwyczajnie – bardzo podobali mi się wszyscy czworo w tym przedstawieniu. I nie raz jeszcze sobie tę Metodę obejrzę. Z przyjemnością.

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2018 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni