kup bilety online

Komunikat prasowy

Kaliskie Spotkania Teatralne. Dzień drugi

Hubert Michalak, Nowa Siła Krytyczna

Teatr Krystyny Jandy przywiózł "Wątpliwość" w reżyserii Piotra Cieplaka i monodram w reżyserii i wykonaniu Jandy, "Ucho gardło nóż - o drugim dniu Kaliskich Spotkań Teatralnych pisze Hubert Michalak z Nowej Siły Krytycznej.

Przyjechała Warszawa! Szturm stołecznego Teatru Polonia na Kalisz odbył się najpierw przy pomocy machiny oblężniczej, później przy użyciu tarana. Teatr Krystyny Jandy przywiózł "Wątpliwość" [na zdjęciu] w reżyserii Piotra Cieplaka i monodram "Ucho gardło nóż" w reżyserii i wykonaniu Jandy. Zestawienie tematów poruszanych przez te dwa spektakle zgrzyta: z jednej strony historia rozgrywająca się poza oficjalnym obiegiem informacyjnym Kościoła rzymskokatolickiego, pośród jego urzędników, z drugiej - rozpaczliwie agresywny, wulgarny monolog aktorki po pięćdziesiątce, chaotyczny jak wojna, o której opowiada kobieta.

Najsilniejszym punktem "Wątpliwości" jest tekst. Napisany z wyczuciem sceny, z rosnącym napięciem i piętrzonymi niedomówieniami, wyrazistym punktem kulminacyjnym, którego spodziewamy się od samego początku, oraz niejednoznacznym zakończeniem. Drobne gierki odbywające się między bohaterami, kunsztowne konstrukcje zdań i misternie pleciona fabuła sprawiają, że rozwijające się na naszych oczach wydarzenia mają szansę wciągnąć widza. Jeśli jednak ten nie da się złapać na sam tekst i będzie szukał czegoś więcej, spektakl niewiele ponad tekst ma mu do zaoferowania.

Piotr Cieplak przeniósł "Wątpliwość" w polskie realia, co na pewno nie zaszkodziło przedstawieniu. Sam jednak chyba dał się złapać w pułapkę zgrabnie napisanej, "dobrze skrojonej" sztuki. Aktorzy w jego spektaklu niewiele więcej wygrywają ze swych postaci ponad treść tekstu, który pada ze sceny. Sztuka napisana jest na modłę największych hitów Broadwayu: wymaga udziału czterech znakomitych wykonawców, najlepiej gwiazd, dzięki którym utrzyma się na afiszu przez wiele lat, prostej, niezmiennej scenografii i niewielkiej ilości zabiegów technicznych. To teatr mówiony, czy wręcz gadany. Akcja toczy się w gabinecie dyrektorki katolickiej szkoły, siostry Justyny (Aleksandra Konieczna) i w przylegającym do niej ogrodzie, cała zawieszona jest na dialogach i monologach bohaterów. To, co wymaga dziania się, jest na scenie relacjonowane.

Zastosowanie modelu akcji mówionej jest dla aktorów krótką smyczą. Ich postaci wiszą na zapisanych przez autora kwestiach, niewielkie tu pole do popisu dla indywidualnych umiejętności. Najlepiej korzystają z tego Aleksandra Konieczna i Cezary Kosiński (w roli księdza Andrzeja). To prowadzące w spektaklu role. Aktorzy dość długo budują je na jednej nucie: matka przełożona Koniecznej jest apodyktyczna, nie potrafi słuchać, uparcie dąży do wyznaczonego sobie celu nie przebierając w środkach. Ksiądz Andrzej z kolei to człowiek o anielskim sercu, miłosierny, cierpliwy i opiekuńczy. W drugiej części spektaklu ta tendencja - na szczęście! - przełamuje się. Ksiądz Andrzej w kulminacyjnej rozmowie z siostrą Justyną, nie wprost, przyznaje się do jakichś (nie dowiadujemy się, jakich) grzechów. Siostra Justyna w samym finale okazuje się osobą wątpiącą w słuszność swoich decyzji.

Siostra Dominika Lidii Sadowej jest właściwie przezroczysta. To zakonnica zahukana przez swą przełożoną. W tekście postać ta stanowi rodzaj inicjatora i katalizatora akcji. W przedstawieniu również zaledwie funkcjonalnie rola ta została potraktowana. Istotniejsze jest w niej, co mówi, niż jak to robi. Choć w chwili, gdy pokazuje pazur, zrzucając z dzikim okrzykiem rzeczy z biurka siostry Justyny, przez moment na scenie pojawia się iskra mocniejszego teatru. Epizodyczna rola Żanny Gierasimowej, nadekspresyjna i ostentacyjnie teatralna (w złym znaczeniu tego słowa) to najsłabszy element spektaklu.

Taranem wieczoru okazał się monodram Krystyny Jandy. Wulgarny słowotok, na przemian przygnębiający, dowcipny, przerażający, groteskowy i smutny porwał kaliską publiczność. Tonka Babić, aktorka, siedząc przed telewizorem z wyłączoną fonią, nie przebierając w słowach opisuje swoje doświadczenie wojny. Nie mówi jednak tylko o froncie i strzelaninach. W jej myśleniu wojna to czas przewartościowania - i to pokrętna etyka wojenna staje się dla niej najważniejsza. Pojawiające się w jej opowieści wydarzenia, ważniejsze i mniej ważne, bolesne lub żartobliwe, splatają się w tkaną na oczach widzów materię skonstruowaną z różnych rodzajów nici. Tak, jak taka tkanina nie może być funkcjonalna, tak i opowieść Tonki rozłazi się w szwach, pęka, nawraca. Kobieta wyrzyguje z siebie nagromadzoną przez czas wojny złość. Sama nie wie, czego chce, jedynie intuicyjnie wyczuwa, że jeśli się tym z kimś nie podzieli, nadmiar bólu i duszonych przeżyć rozsadzi ją. Mówi więc, pogrąża się w swej logorei, dając upust temu wszystkiemu, co dusi w sobie.

Jandę zwykle chwali się za znakomity warsztat i świadomość sceniczną. Wieczornym spektaklem w kaliskim teatrze pokazała jednak znacznie więcej. Postać Tonki w jej interpretacji to żywa, czująca, osadzona w swej biologiczności baba. Jest agresywna, zaczepna, irytująca i fascynująca jednocześnie. Nie stara się podobać widzowi, atakuje go sugestywnymi obrazami rzezi, bierze go pod włos i nie stara się udawać, że jest inaczej. Doświadczona przez życie przestała udawać, że gdy się je polukruje, będzie smakowało inaczej. Dobiera się do jego najgłębszych warstw i bezwstydnie wywleka je na wierzch.

Mnogość tematów i wielowątkowość spektaklu tworzy polifonię, z której wyłania się obraz niespójnego, poszarpanego świata o nieostrych konturach i relatywnych wartościach etycznych. W takim świecie żyje Tonka, od takiego chcielibyśmy uciec jak najdalej. Ona też. Brak jej tylko odwagi (chęci? siły? humoru? nastroju?), by wstać i otworzyć drzwi dobijającemu się do nich kochankowi.

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od M.St. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni