kup bilety online

Komunikat prasowy

Przyjemność bycia Shirley - wywiad archiwalny

Dorota Wyżyńska, Gazeta Stołeczna 7 sierpnia 2001

Dorota Wyżyńska: Są widzowie rekordziści, którzy widzieli "Shirley Valentine" kilkadziesiąt razy?

Krystyna Janda: Zdarza się, że ktoś z sali mówi głośno przede mną pointę. Albo całe grupy śmieją się wcześniej niż padnie to zdanie czy słowo, o które chodzi. Peszy mnie, ale też jednocześnie mobilizuje świadomość, że na sali każdego wieczoru jest coraz więcej osób, które już widziały przedstawienie. Więcej - widziały "Shirley" już wiele razy.

Czy Shirley bardzo zmieniła się przez te 11 lat od premiery?

Myślę, że spektakl zmienił się na tyle, na ile ja zmieniłam się przez te lata. Został temat, problem, konstrukcja, powód dla którego opowiadam tę historię, a Shirley zmienia się razem ze mną. Zresztą ja już tego nie gram. Ja nią jestem. Staję się nią, przekraczając linię sceny i kulis, a co więcej - dzieje się to już i dla mnie samej niezauważalnie. A przyjemność bycia Shirley, radość, którą ja odczuwam - mam wrażenie - przenosi się na publiczność.

Dzięki tej roli stała się Pani powierniczką wielu widzów, adresatką listów i próśb o życiową poradę. Po przedstawieniu w garderobie odwiedzają Panią płaczące kobiety, które oczekują wsparcia...

O nie, płaczące odwiedzały mnie po "Kobiecie zawiedzionej" i - paradoksalnie - po "Marlenie" . Po "Shirley" przychodzą te, które widziały już kiedyś spektakl i zmobilizowane sztuką postanowiły odmienić swoje życie albo przynajmniej - tak jak Shirley - wyjechać do Grecji.

Tych kobiet, które przyszły mi podziękować za zmianę życia, wcale nie było tak mało. Mówiły, że ten wieczór w teatrze był kroplą przepełniająca ich puchar, bodźcem do jakieś decyzji, rozmowy z mężczyzną - towarzyszem życia - początkiem innego myślenia o sobie i swoim życiu. Za każdym razem moje zdumienie nie ma granic i biorę to za żart. Najczęściej jednak przychodzą ludzie, którzy mówią, że kiedy jest im źle, kiedy mają chandrę i są zmęczeni, przychodzą na "Shirley", żeby poprawić sobie nastrój.

Powiedziała Pani kiedyś: "Shirley mogę zagrać nawet bez scenografii". Podobno tak zdarzyło się podczas jednego z występów w Ameryce. Dekoracje nie doleciały na czas?

Wtedy w Nowym Jorku w ostatniej chwili dekoracje jednak dojechały na miejsce. Ale byłam gotowa do grania tylko z krzesłem i przypadkowym stołem znalezionym w kulisach. Wszystkie inne czynności miałam wykonywać, pozorując obecność rekwizytów. W szkole teatralnej mieliśmy takie zajęcia jak ćwiczenia z nieistniejącym przedmiotem, mające rozbudzić i precyzować naszą wyobraźnię. Bardzo je lubiłam. Teraz po prawie 400 przedstawieniach "Shirley" mam poczucie, że poradziłabym sobie bez dekoracji. Choć rekwizyty mają tu swoje znaczenie.

Na scenie gotuje Pani ziemniaki, przyrządza jajka sadzone...

Wielu widzów mówiło mi, że para gotujących się na scenie - naprawdę! - ziemniaków i zapach smażonych jajek sadzonych to jedno z największych doznań wieczoru. Szkoda byłoby rezygnować z tych efektów. Sama się z siebie śmieję, że po tylu spektaklach zdarza mi się w trakcie spektaklu zastanawiać, czy odpowiednio dosoliłam ziemniaki, czy nie będą za mało słone. Zdarza mi się denerwować, że jajecznica jest niedostatecznie ścięta, a mąż, czyli teatralny inspicjent, już dzwoni do drzwi. Nie będę też mówić, że teraz, po prawie 400 spektaklach, jestem mistrzynią w obieraniu ziemniaków. Proszę sobie policzyć, cztery ziemniaki - czyli mniej więcej pół kilo - obrane na każdym spektaklu... to jest dwieście kilogramów ziemniaków obieranych na scenie.
Ostatnio podczas trasy Radia Zet uświadomiłam sobie, że siedzę sama na ogromnej scenie - w sali Opery Poznańskiej - pięknej, kapiącej złotem i wysłanej aksamitami - obieram ziemniaki, a patrzy na mnie i słucha mnie blisko tysiąc osób. Grając spektakl, myślałam: "Co za paranoja, baba siedzi w operze, obiera ziemniaki, opowiada głupoty, a patrzy na to tyyyllleee osób! ". To są dni moich sukcesów i bitew. Utrzymać uwagę i zająć sobą-Shirley taką wielką widownię, wypełnić taką przestrzeń, zsynchronizować tyle oddechów i oczu. Ale były też wieczory jak kiedyś w Cieszynie, że miałam uczucie, że siła salwy śmiechu moich widzów zmiata mnie ze sceny. Udało się tak opanować salę, że jednoczesny wybuch śmiechu ogłuszył mnie i mną zachwiał. Z kolei cisza i tkliwość na końcu tej historii samą mnie wzrusza.


Willy Russell, popularny brytyjski dramaturg i scenarzysta, jest też autorem innego teatralnego przeboju - "Edukacji Rity" - o dziewczynie z zakładu fryzjerskiego, która zaczyna studiować na uniwersytecie. Krystyna Janda grała też Ritę - w Teatrze Ateneum w połowie lat 80.

Russell przez kilka lat pracował jako fryzjer w zakładzie damskim. W jednym z wywiadów przyznał się kiedyś, że w swoich sztukach wraca do opowieści, anegdot i problemów, z których zwierzały mu się klientki.

Kiedy Krystyna Janda zamarzyła zagrać Shirley Valentine, znajomi reżyserzy próbowali powstrzymać ją przed tą decyzją. Nie wierzyli, że odniesie sukces... Tłumaczyli, że tekst jest banalny, że nie powinna brać tej roli. Wkrótce okazało się, że spektakl przeciąga tłumy widzów. Premiera odbyła się na Małej Scenie, ale szybko okazało się, że trzeba "Shirley" przenieść na Dużą Scenę, bo inaczej publiczność rozsadzi teatr.

Na Wydziale Socjologii UW powstała praca na temat fenomenu tego przedstawienia. Psychologowie wysyłali na przedstawienie swoje grupy terapeutyczne.

Na naszych łamach o sukcesie "Shirley Valentine" mówili:

Krzysztof Rudziński, dyrektor Teatru Powszechnego: "Maciej Wojtyszko i Krystyna Janda osiągnęli to, co rzadko zdarza się w teatrze - widzowie identyfikują się z postacią. Znam kobiety, które po tym spektaklu przyznają się bez skrępowania: "Wiesz, ja też rozmawiam ze ścianą". Taki tekst trzeba podać bardzo prawdziwie. A Krystyna gra tak, jakby właśnie znalazła się w swojej kuchni. Jak długo jeszcze będziemy go grać? - Do upadłego. Ile wytrzyma Krysia.

Maciej Wojtyszko, reżyser: "Shirley Valentine" Willy'ego Russella trafiła w problemy naszych polskich kobiet. Kobiet, które czekają z obiadem na męża, czują się samotne, zabiegane, zmęczone. Przedstawienie nie udałoby się bez Krystyny Jandy. Jej osobowość wnosi coś takiego, że ja sam chwilami wierzę, że cała ta historia wydarzyła się naprawdę.

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

Mecenas
Technologiczny
Teatrów

Doradca
Prawny
Teatrów

Wyposażenie teatrów
dofinansowano
ze środków

PREMIERY W 2017 R.
DOFINANSOWANE PRZEZ


Patroni medialni